Krótko po zakończeniu dożynkowej Mszy św. świętowanie przeniosło się w gościnne progi klasztoru ojców franciszkanów. A tam na uczestników czekało wszystko, czego potrzeba do udanego, wspólnego popołudnia: dobre jedzenie, muzyka, taniec, humor, a przede wszystkim ludzie, którzy zwyczajnie chcieli pobyć razem.
Głównym daniem tego dnia był klasztorny bigos, przygotowany według tajemnej receptury br. Lucjusza. W dziele tworzenia tego kulinarnego arcydzieła dzielnie wspierały go panie z KGW, na czele z przewodniczącą Sylwią Bednarczyk. Co dokładnie znalazło się w garnku – tego nie zdradzimy. Tajemna receptura ma przecież pozostać tajemną. Jedno jest pewne – bigos znikał szybko, a chętnych na dokładkę nie brakowało.
Drugim klasztornym specjałem był żurek, a na rozpalonym grillu skwierczała jeszcze kiełbaska. Stoły uginały się także od ciast, przekąsek, serów, oscypków, owoców i napojów. Krótko mówiąc – kto wszedł, nie miał najmniejszych szans wyjść z tej imprezy głodny.
Rolę gospodarza dzielnie pełnił proboszcz o. Łukasz, natomiast głównodowodzącym na stoisku kulinarnym był oczywiście br. Lucjusz. Kuchenne obowiązki nie przeszkadzały mu jednak w tym, by od czasu do czasu porzucić chochlę i brylować również na „parkiecie”. Jak się okazało, talentów ma zdecydowanie więcej niż tylko kulinarne.
O odpowiednią dawkę spiskiego folkloru zadbał natomiast zespół Honaj. Przed publicznością zaprezentowały się wszystkie grupy – od najmłodszych dzieci po całkiem dorosłych członków zespołu. Był: „Kowol kuje klince”, był „Madziar”, „Staro baba” i wiele innych melodii oraz tańców, które poderwały do zabawy nie tylko występujących.
I chyba właśnie ta atmosfera była tego popołudnia najważniejsza. Bez wielkiego zadęcia i oficjalności, za to z ogromną dawką wzajemnej życzliwości, radości, humoru i szacunku. Przy jednym stole spotkali się franciszkanie, członkinie KGW, członkowie zespołu, siostry niepokalanki mieszkańcy i goście. Jedni gotowali, inni śpiewali, tańczyli, częstowali, rozmawiali albo po prostu cieszyli się swoją obecnością.
A wszyscy obecni tego popołudnia zgodnie przyznawali, że takie spotkania u ojców franciszkanów są Dursztynowi bardzo potrzebne. I jeśli mają wyglądać właśnie tak – przy klasztornym bigosie, muzyce Honaja i z uśmiechem od ucha do ucha – pozostaje tylko życzyć sobie, aby okazji do nich było jak najwięcej.
















































































































































Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!