Mieczysława Faryniak – we wspomnieniach dra Jacka Śwista

Prowadzący Gabinet Psychologiczny Diagnozy i Terapii doktor Jacek Świst mieszka w Dursztynie na ul. Pod Skałką – kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym przez długie lata żyła i pracowała, zasłużona dla tutejszej społeczności, Mieczysława Faryniak, znana jako „Pani ze Skałki”.

Propozycję umówienia się na spotkanie dr Świst przyjął z wielką życzliwością i tak nadarzyła się okazja do przeprowadzenia wywiadu z osobą, która wielokrotnie osobiście kontaktowała się z panią Mieczysławą Faryniak i uczestniczyła w jej medytacjach.

Krystyna Waniczek: Kiedy zaczęła się Pańska znajomość z panią Mieczysławą? Jakimi wspomnieniami mógłby się Pan z nami podzielić?

Dr Świst: W Dursztynie na stałe zamieszkałem dopiero w 2005 roku. Wcześniej mieszkali tu moi rodzice. Kiedy budowali dom, gdzieś w latach 70., przyjeżdżałem na Skałkę, by w miarę możliwości pomagać ojcu w pracach budowlanych. Wiedziałem więc, że gdzieś tutaj jest jakaś „Pani ze Skałki”, pani Mieczysława. Czasem ją widywałem, mówiłem „dzień dobry” i tyle.

KW: A jak wyglądała? Jak ją Pan zapamiętał?

D: Gołąbeczek, siwiuteńki. Życzliwa, skromna, uczynna, błękitne oczy – żywe, głębokie spojrzenie. Któregoś dnia zatrzymała mnie, zaprosiła do siebie, pokazała, jak mieszka i zaczęliśmy rozmawiać.

KW: Jak przebiegała ta rozmowa?

D: Mówiła mi o Duchu Świętym i o tym, że ma szczególne nabożeństwo i w osobliwy sposób wielbi Ducha Świętego. Prywatnie niewiele się o niej dowiedziałem. Rozmowa raczej toczyła się wokół jej fascynacji Trzecią Osobą Boską. Później zapytała, czy nie miałbym czasu i ochoty, by pójść z nią do Kaplicy Ducha Świętego. Nic nie miałem robić, jedynie jej towarzyszyć.

KW: I poszedł Pan?

D: Tak, poszedłem. Pokazała mi wcześniej Betlejemkę oraz wykutą w skale grotę, mówiąc, że mieszkała w tej grocie przez 7 miesięcy. W kaplicy modliła się swoimi słowami, książeczki nie używała żadnej. Wszystko opierało się na sekwencji „Przyjdź Duchu Święty”. Mówiła zupełnie prosto, bez pietyzmu, wzniosłości, ufnie – jak dziecko. I kiedy tak jej słuchałem, ni stąd ni zowąd, zacząłem płakać. Łzy mi pociekły, bo poczułem się niegodny – z jednej strony wyróżniony, szczególnie potraktowany, a z drugiej jednak – niegodny.

KW: To był Pana pierwszy kontakt z panią Mieczysławą, a później?

D: Później przychodziłem już sam. Za każdym razem, kiedy byłem u rodziców, byłem również u niej. Mówiła mi o Duchu Świętym, a właściwie o zachwytach Duchem Świętym, czytała mi swoje wiersze, opowiadała o przeżyciach duchowych. Mówiła też o tym, jak działa przez Ducha Świętego, ile ma połączeń modlitewnych w świecie: z misjami, grupami modlitewnymi, księżmi itd oraz o tym, ile za przyczyną jej modlitw udało się już wyprosić łask. Żartowała nawet, że nigdzie ze Skałki nie musi się ruszać, bo z tego wzgórza ona, a właściwie Duch Święty, działają bardzo szeroko.

KW: I co było dalej? Czy to już wszystko, czego Pan doświadczył w związku z jej osobą?

D: Później był taki okres, kiedy organizowałem tu rekolekcje dla nauczycieli oraz Klubu Inteligencji Katolickiej. Ona zawsze jakoś tam brała w tym udział, bo ci ludzie byli i u Sióstr na Skałce i w Kaplicy Ducha Świętego. No i był też taki okres odnowy w Duchu Świętym, powstawania i rozwoju różnych ruchów charyzmatycznych. Mówiłem jej, że taka grupa powstała, że jest w Nowym Targu i że ludzie modlą się do Ducha Świętego. Mówiłem też o obrzędzie „wylania” – chrztu w Duchu Świętym.

KW: I jaka była jej reakcja? Rozumiem, że znalazł Pan w niej gorliwą popleczniczkę?

D: A gdzież tam!? Zaczęła się oburzać: – „A po co Ci to? Przecież mamy w kościele Ducha Świętego. Każdy, kto jest bierzmowany, Ducha otrzymał! Wystarczy tylko poprzez modlitwę otworzyć się na jego działanie i nic już więcej nie potrzeba!” Muszę jednak powiedzieć, że zawsze chętnie przyjmowała u siebie grupy modlitewne, stojąc co prawda z boku, gdyż nigdy nie wyraziła woli uczestnictwa w obrzędzie „wylania Ducha Świętego”. Byłem zaskoczony jej postawą, bo któż, jak nie ona, wierna orędowniczka Ducha Świętego, miałby chcieć w nim uczestniczyć?

KW: Jak Pan interpretuje jej zachowanie?

D: Z czasem zrozumiałem, że w jej postępowaniu było sporo racji. Pojąłem, że wszystkie tego typu ruchy zagrożone są nadmierną teatralnością i obrzędowością. Osobną kwestią pozostaje obecność nadmiernego psychologicznego emocjonalizmu, który – jeśli dobrze nim posterować – potrafi wywołać u modlących się ludzi nawet takie somatyczne objawy, jak: omdlenia, upadki, łzy i inne tego typu zachowania. Wszystko to może rodzić niebezpieczeństwo nadinterpretacji pewnych zjawisk, a te – źle zrozumiane – prowadzić do powstania depresji i różnego typu zaburzeń.

KW: Rozumiem, że pani Mieczysława była przeciwna wszelkiej teatralności i „wybujałości” modlitwy?

D: Tak, kiedy się modliła, nie podnosiła rąk. Mówiła cicho, spokojnie, bez nadmiernej gestykulacji. Teraz wiem, że miała rację, ale wtedy ten ruch mnie pociągał. Nie widziałem zagrożeń. Oczy otworzył mi pewien psycholog, uświadamiając, że przy pomocy normalnych technik psychologicznych, każdy zorientowany w temacie człowiek,  może wprowadzić ludzi w stan euforii i modlitewnego uniesienia. Tutaj to religijne odniesienie było, gdyż rzecz działa się w kościele, ale niebezpieczeństwo spłycenia i sprowadzenia wszystkiego do uzależniającej nawet teatralności istniało.

KW: Miała więc pani Mieczysława jasny i trzeźwy umysł.

D: Tak, jak najbardziej. Do końca wierna była sobie i temu, w co wierzyła lub co Duch Święty jej objawił. Jej zdaniem wyraźnym znakiem obecności Boga jest sama natura. To ona, wzbudzając w nas zachwyt, skutecznie leczy i oczyszcza nasze dusze. Duch Święty najlepiej działa przez tutejsze otoczenie – pani Mieczysława mi to uświadomiła.

KW: Nie do końca rozumiem. Co Pan ma na myśli?

D: Sam byłem świadkiem, jak pobyt na Skałce, poprawił stan chorej psychicznie dziewczyny. Pani Mieczysława ukochała to miejsce szczególnie. Myśl, że Dursztyn ma być miejscem jakimś szczególnym towarzyszy mi od tamtego spotkania z panią Miecią i jej kaplicą. Inaczej zacząłem patrzeć na Dursztyn i wplotłem go w swoją działalność zawodową. Zrozumiałem, że wystarczy przywieźć tu ludzi z problemami psychologicznymi, czy alkoholowymi i pozwolić działać otoczeniu. Nic więcej nie trzeba robić.

KW: Ma więc Dursztyn szczególne miejsce w Pańskich planach.

D: Tak, zamierzam skupić się na terapii osób z problemami alkoholowymi, wykorzystać tę piękną okolicę oraz życzliwość Ojców Franciszkanów i wspólnymi siłami stworzyć tutaj, w miejscu umiłowanym przez „Panią ze Skałki”, przechodni ośrodek terapeutyczny dla ludzi borykających się z alkoholizmem. Najbliższe spotkanie już w sobotę, 3 stycznia.

KW: Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę!

Facebook Comments

1 Trackback / Pingback

  1. Ruch trzeźwościowy a Pani ze Skałki – Dursztyn

Komentowanie jest wyłączone.