Ojcowski Park Narodowy z „Fundacją Dunajec”. Było super!

Było wszystko! Piękne jesienne widoki, palczaste formacje skalne, zamki na skale, amonity w skale, a nawet wędzone pstrągi!

Wycieczkę do Ojcowskiego Parku Narodowego Fundacja „Dunajec” – Pomoc Polakom na Kresach zaplanowała na sobotę 9 października. I trochę maczałam w tym palce, bo to ja zaproponowałam, by tym razem obrać kurs na Ojców. Świetnie się złożyło, że prezes Zbyszek Konopka pomysł podchwycił, a po kilku apelach tu i tam uzbierała się nas zgrabna 17-osobowa grupka. Byli uczestnicy z Niedzicy, Huby, Knurowa, Nowego Targu i mocna, bo licząca aż 6 osób reprezentacja Dursztyna. Na podbój Ojcowa wyruszyliśmy przed godz. 7.00 rano. To, co już na wstępie było zagwarantowane, to dobry humor i piękna słoneczna pogoda!

Górale Białorusinom

O idei, dla której powstała Fundacja „Dunajec”, pisałam już w artykułach pt.  Słodkie pomaganie i Baby i diabły na Babiej. Dodam tylko, że organizowane przez zarząd fundacji takie 1-dniowe wycieczki również mają za zadanie niesienie pomocy Polakom żyjącym na Kresach, zwłaszcza naszym rodakom na Białorusi. – Jeśli chodzi o koszty, to wycieczka nie ma charakteru komercyjnego, a jej koszt będzie zależał od ilości uczestników – wyjaśnił prezes fundacji tuż po tym, jak zajęliśmy miejsca w wynajętym busie. – To, co zbierzemy, przeznaczymy m.in. na zorganizowanie transportu darów rzeczowych dla Białorusi – tłumaczył. Jakby na potwierdzenie tych słów każdy uczestnik został przez niego udekorowany naklejką z logotypem Fundacji „Dunajec”, a ci, którzy jeszcze o celach i założeniach tej działającej od sierpnia 2020 r. organizacji non-profit nie słyszeli, mieli okazję co nieco się z nimi zapoznać.  – Z uwagi na poważny kryzys gospodarczy i polityczny Białoruś znalazła się obecnie na skraju nędzy. Ludność, zwłaszcza polskiego pochodzenia, pozbawiona jest środków do życia, całymi miesiącami wstrzymuje się wypłaty wynagrodzeń, rent i emerytur – tłumaczył prezes Konopka pobudki działań fundacji. – Dostawą kolejnych darów chcemy im choć trochę ulżyć…

„Polskie” tropiki

Zdobywanie Ojcowskiego Parku Narodowego rozpoczęliśmy od przejazdu dnem dawnego tropikalnego morza, które niegdyś, w odległej prehistorii rozciągało się na naszych terenach. Tę kuszącą wizję w niezwykle plastycznej formie odmalował przed oczyma naszej wyobraźni doświadczony przewodnik beskidzki Robert Zieliński. W ślad za jego słowami, zupełnie mimowolnie, napłynęła do mnie fraza jednego z „Sonetów krymskich” Adama Mickiewicza – ta o wozie nurzającym się w zieloność, suchym przestworze oceanu i o brodzącej łodzi… Jeszcze na etapie drogi do Ojcowa usłyszeliśmy z ust p. Roberta zapewnienie, że w Ojcowskim Parku Narodowym bez problemu dostrzeżemy ślady dobrze zachowanej prehistorycznej fauny. – Zobaczycie skamieliny amonitów, trylobitów i innych prehistorycznych gatunków… W skałach wapiennych jest ich naprawdę dużo – przekonywał. I jak powiedział, tak było!

Już tylko niżej…

Zaraz po tym, jak dotarliśmy do Czajowic, przewodnik poinformował nas, że najwyższe wzniesienie właściwie już osiągnęliśmy, bo teraz będzie już tylko niżej. I rzeczywiście, specyfika Ojcowskiego Parku Narodowego ma to do siebie, że rozciąga się on wzdłuż malowniczej Doliny Prądnika – rzeki, która na przestrzeni dziejów wyrzeźbiła w otaczających ją wapieniach bajeczne formacje skalne: wąwozy, jary, jaskinie, bramy skalne, iglice i pojedyncze ostańce. Wizytę w Ojcowskim Parku Narodowym rozpoczęliśmy od eksploracji Jaskini Łokietka. Po jej krętych korytarzach i rozległych salach oprowadzała nas inna – niestety, nie tak komunikatywna jak nasz – przewodniczka. Dowiedzieliśmy się, że pretendujący do tronu, późniejszy król Polski Władysław Łokietek, szukając kryjówki przed ścigającymi go wrogami, opuścił się do wnętrza jaskini na linie, nie uszkadzając pajęczych sieci zasłaniających wejście do groty. Jak się później okazało, fortel ten ocalił mu życie, bo ścigający – widząc, że pajęczyny pozostały nienaruszone – odstąpili od planu gruntownego przeszukania jaskini. Na pamiątkę tego wydarzenia jaskinia nosi imię Łokietka, a brama zamykającą wejście do groty także ma kształt pajęczyny.

Kolejnym, niezwykłym dziełem natury, który mieliśmy szansę zobaczyć, była słynna Brama Krakowska „otwierająca” wejście do Doliny Prądnika. Tu (a jakże!) nie obyło się bez pamiątkowej fotki, a kto chciał lub miał tę odwagę, napił się wody ze Źródła Miłości. Po krótkim odpoczynku i nasyceniu oczu widokami, ruszyliśmy dalej. Cel był oczywisty – zobaczyć Dolinę Prądnika z góry. O tym, jakich widoków doświadczyliśmy po drodze, nie będę Wam opowiadać – najlepiej zrobią to zdjęcia. Jedno jest pewne – naprawdę było warto! Po niespiesznym zejściu do doliny obejrzeliśmy jeszcze ruiny zamku w Ojcowie, budynek dawnego ojcowskiego sanatorium i słynną kaplicę na wodzie. Według legendy kaplicę tę wybudowano na palach wbitych w nurt wód Prądnika dlatego, że car Mikołaj II wydał zarządzenie zabraniające budowy obiektów sakralnych na ziemi ojcowskiej. Jak to leciało?? Polak potrafi 🙂

Dorotka, piesek i Maczuga Herkulesa

Zwieńczeniem tej sympatycznej, całodniowej wycieczki był przejazd pod Maczugę Herkulesa i Zamek na Pieskowej Skale. Z tym ostatnim wiąże się akurat dość romantyczna legenda. Otóż żyła podobno kiedyś dziewczyna o imieniu Dorotka. A że pochodziła z rodu szlacheckiego, ojciec kazał jej poślubić dużo starszego od niej szlachcica. Dorotka kochała jednak młodego, nadwornego lutnistę i koniec końców z nim uciekła. Kochanków, niestety, schwytano i osądzono. Chłopak za karę był włóczony końmi po kamienistych stokach, a Dorotkę zamknięto w jednej z zamkowych baszt, by umarła śmiercią głodową. Z pomocą dziewczynie przyszedł jednak jej ukochany piesek. Zwierzę wdrapywało się po skale i przynosiło swojej pani resztki własnego pożywienia. Na pamiątkę tej historii baszta, w której uwięziono Dorotkę, nazywana jest basztą Dorotki, a skały, na których stoi zamek – Pieskową Skałą. Po obejrzeniu dziedzińca tegoż zamku podeszliśmy jeszcze pod mierzącą 25 m. wys. Maczugę Herkulesa. I tam nie obyło się bez serii pamiątkowych zdjęć – tych indywidualnych i tych grupowych.

Fundacja „Dunajec” już planuje kolejną wyprawę. Będzie nią wejście na górę Modyń – mierzący 1029 m n.p.m. szczyt w Beskidzie Wyspowym, zwany też Górą Zakochanych.  Termin: sobota 23 października, koszt ok. 70 zł od osoby. Na wycieczkę można zgłaszać się mailowo: fundacja@fundacjadunajec.pl lub telefonicznie po nr: 695 431 564.

Więcej informacji o samej działalności Fundacji na: https://fundacjadunajec.pl

Zdjęcia: Krystyna Waniczek, Zbigniew Konopka, Weronika Konopka i Robert Zieliński

Facebook Comments

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


16 + 20 =

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.