„Zawsze byłam szczęśliwa”. Historia kobiety, której cierpienie nie odebrało radości życia

Najpierw szczęśliwe dzieciństwo, potem wielka miłość, małżeństwo i macierzyństwo. A później dwa dramaty, które w krótkim czasie zburzyły cały jej świat. Śmierć ukochanego męża i maleńkiego synka. Jak po takich doświadczeniach można powiedzieć: „Zawsze byłam szczęśliwa”? O niezwykłym życiu bł. Marceliny Darowskiej opowiedziała we wtorek 27 października w dursztyńskim kościele parafialnym s. Wawrzyna Chwedoruk.

Wykład odbył się po wieczornej Mszy św. Siostra Wawrzyna Chwedoruk ze Zgromadzenia Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, autorka książki „Zawsze byłam szczęśliwa”, przybliżyła historię założycielki swojego zgromadzenia. Historię kobiety, która zdążyła poznać niemal wszystkie odcienie życia – od beztroskiego szczęścia po rozpacz, samotność i mozolne poszukiwanie nowego sensu.

Najpierw była miłość

Marcelina Kotowicz przyszła na świat 16 stycznia 1827 r. w Szulakach na Podolu. Wychowywała się w zamożnej rodzinie ziemiańskiej, otoczona troską i miłością. Była dzieckiem szczęśliwym, choć już od najmłodszych lat wyróżniała się głęboką religijnością i silnym charakterem.

Przez pewien czas myślała o życiu zakonnym. Los poprowadził ją jednak inną drogą. W 1849 r. po siódmych jego oświadczynach poślubiła Karola Darowskiego. Kochała go i była kochana. Wkrótce na świat przyszły dzieci – Józio i Karolina. Miała wszystko, czego mogła pragnąć młoda kobieta: ukochanego męża, dzieci, dom i nadzieję na wspólną przyszłość.

To szczęście trwało jednak bardzo krótko.

Dwa ciosy, które zmieniły wszystko

W kwietniu 1852 r., niespełna trzy lata po ślubie, zmarł Karol. Marcelina została wdową w wieku zaledwie 25 lat. Z dwojgiem maleńkich dzieci i ogromnym bólem po stracie człowieka, z którym chciała spędzić całe życie. Nie zdążyła jeszcze otrząsnąć się z żałoby, gdy przyszedł kolejny dramat. W styczniu 1853 r. zmarł jej synek Józio. W ciągu kilku miesięcy straciła męża i dziecko. Została sama z córeczką Karoliną. Musiała znaleźć w sobie siłę, by dalej żyć, wychowywać córkę i zmierzyć się z pustką, której nic nie potrafiło wypełnić. To właśnie wtedy rozpoczęła się jej najtrudniejsza droga. Droga pytań o sens cierpienia, o przyszłość i o to, czego Bóg od niej oczekuje.

Zrozumiała, że jej życie jeszcze się nie skończyło

Marcelina nie zamknęła się w rozpaczy. Coraz głębiej szukała oparcia w wierze. Ważną rolę w jej duchowych poszukiwaniach odegrali poznani podczas podróży do Rzymu o. Hieronim Kajsiewicz, zmartwychwstaniec, a także Józefa Karska, z którą połączyła ją idea stworzenia nowego zgromadzenia zakonnego. Z czasem zrozumiała, że jej doświadczenia – również te najboleśniejsze – mogą stać się fundamentem czegoś dobrego.

Współtworzyła Zgromadzenie Sióstr Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, a po śmierci Józefy Karskiej stanęła na jego czele. Nie przestała być jednak matką. Przeciwnie – swoje macierzyńskie doświadczenie przeniosła na działalność wychowawczą. Chciała, by dziewczęta dorastały na kobiety mądre, samodzielne, odpowiedzialne i głęboko wierzące. By potrafiły budować szczęśliwe rodziny, ale też odnajdywać własne miejsce w społeczeństwie.

Pod jej kierunkiem powstawały kolejne placówki wychowawcze. Dzieło, któremu poświęciła resztę życia, zaczęło przynosić owoce.

Szczęśliwa mimo wszystko?

To właśnie w tym miejscu historia Marceliny Darowskiej nabiera szczególnego znaczenia. Bo jak pogodzić jej dramatyczne przeżycia ze słowami „Zawsze byłam szczęśliwa”?

Szczęście Marceliny nie polegało przecież na braku cierpienia. Doświadczyła go aż nadto. Nie oznaczało też, że nie przeżywała rozpaczy po śmierci najbliższych, a także po odtrąceniu jej przez córkę Karolinę.

A jednak potrafiła odnaleźć sens w tym, co ją spotkało. Miłość, którą wcześniej obdarzała męża i dzieci, z czasem skierowała ku swoim duchowym córkom i wychowankom. Z osobistej tragedii wyrosło dzieło, które przetrwało pokolenia.

Była szczęśliwą córką. Potem szczęśliwą żoną i matką. Wreszcie zakonnicą, która swoje spełnienie odnalazła w służbie Bogu i drugiemu człowiekowi.

Od żony i matki do błogosławionej

Marcelina Darowska zmarła 5 stycznia 1911 r. w Jazłowcu. Pozostawiła po sobie zgromadzenie, szkoły i wychowanki, ale przede wszystkim niezwykłe świadectwo życia.

6 października 1996 r. papież Jan Paweł II ogłosił ją błogosławioną. Kościół wyniósł na ołtarze kobietę, która drogę do świętości przeszła przez małżeństwo, macierzyństwo, wdowieństwo i życie zakonne.

Marcelina Darowska jest obecna także w Dursztynie

Wtorkowe spotkanie miało dla naszej miejscowości szczególny wymiar. Dom sióstr niepokalanek w Dursztynie jest bowiem jednym z dziewięciu domów zgromadzenia w Polsce. Siostry od lat są częścią lokalnej społeczności, a duchowe dziedzictwo ich założycielki pozostaje żywe również tutaj.

Wykład s. Wawrzyny Chwedoruk, zorganizowany w związku ze zbliżającą się 200. rocznicą urodzin bł. Marceliny Darowskiej, pozwolił spojrzeć na nią nie tylko jak na założycielkę zgromadzenia i błogosławioną Kościoła, ale przede wszystkim jak na kobietę z krwi i kości. Kochającą, cierpiącą, zmagającą się z samotnością, a mimo wszystko zdolną do odnalezienia nowej drogi.

Bo może właśnie w tym tkwi największa siła jej historii? Że szczęście nie zawsze oznacza życie bez cierpienia. Czasem rodzi się z umiejętności odnalezienia sensu pomimo niego.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.