Skałczańska pustelnica

Kęty mają już dwóch świętych, św. Jana Kantego i bł. Ludwinę, a według podania mają mieć trzech świętych rodaków, wobec tego ty pewnie świętą zostaniesz.

Takie proroctwo z ust jednej z sióstr zmartwychwstanek usłyszała w 1938 r. pochodząca z Kęt Mieczysława Faryniak, właścicielka dursztyńskiej Skałki. W jej życiu było wszystko: grzechy młodości, miłość do mężczyzny, poszukiwanie śmierci, nawrócenie, heroizm, ale też niezwykła delikatność i pokora. – Tak wrażliwego systemu nerwowego w całej swej praktyce lekarskiej jeszcze nie spotkałem – powiedział kiedyś jeden z badających ją neurologów.

W Dursztynie, w którym spędziła większość swojego życia, pozostały po niej liczne ślady. Starsi dobrze pamiętają szczupłej postury kobietę, zawsze ubraną na brązowo – w lecie w gumowcach, a w zimie z przypiętymi nartami, a młodsi (dzisiejsi 60- i 70-latkowie) lekko przygarbioną staruszkę. Gołąbeczek, siwiuteńki. Życzliwa, skromna, uczynna, błękitne oczy – żywe, głębokie spojrzenie – tak opisuje ją po latach Jacek Świst, psycholog mieszkający w Dursztynie.

Tu smutno i TAM smutno

Mieczysława Faryniak urodziła się 6 grudnia 1903 r. w Kętach. Po ukończeniu szkoły podstawowej podjęła naukę w Krajowej Szkole Kupieckiej, a następnie zatrudniła się jako urzędniczka bankowa. Do położonego na Spiszu Dursztyna przygnała ją chęć ocalenia samej siebie przed nieszczęśliwą miłością. Był rok 1935. Wcześniej bez pamięci pokochała Austriaka Kurta Schwabe. I choć sama nie odznaczała się jakąś nadmierną pobożnością, to bolało ją, że Kurt był protestantem. Ukochanego wyidealizowała. Do tego stopnia, że nadała mu romantyczne imię Konrad.  Lubili razem spędzać czas na wycieczkach i kontemplowaniu przyrody. Ale Kurt nie był ideałem. Skupiony na sobie i swoich potrzebach, nie dostrzegał pragnień Mieczysławy. „To, czego on oczekuje ode mnie, zabija mnie – pisała w pamiętniku. – Nie jestem stworzona do wolnej miłości„.

Rozczarowanie zawiodło ją na skraj rozpaczy. Któregoś dnia, stojąc w oknie, badała odległość pomiędzy sobą a brukiem. „Wychyliłam się – pisała. – Wtedy usłyszałam głos w sobie, mój – ale nie mój: „Tu smutno i TAM smutno”. To była przełomowa chwila. Wiedziała już, że sama sobie nie poradzi i musi szukać pomocy. Cierpiąc na chroniczną bezsenność, sięgnęła do dzieł amerykańskiego filozofa Moulforda, filozofii Gandhiego i religii hinduskiej. W tej lekturze odkryła rzecz zaskakującą, że Bóg jest i że można go kochać! I że są ludzie, którzy kochają Go miłością taką, jaką ona kocha człowieka. Znaleziona w starym modlitewniku babci Sekwencja do Ducha Świętego, a zwłaszcza jej zawołania, uświadomiły jej, że nie musi szukać Boga wśród obcych religii i filozofii, bo rodzice wychowali ją w wierze katolickiej.

Zwrot ku duchowości postępował. Szczególnym uczuciem obdarzyła Trzecią Osobę Boską. I choć w końcu doczekała się oświadczyn, to ostatecznie ich nie przyjęła, bo ukochany nie zmienił wyznania na katolicyzm. Dla Mieczysławy nie było już jednak połowicznych rozwiązań. Kochała Kurta całe życie, ale nigdy nie zostali małżeństwem. Po długim zwolnieniu chorobowym młoda jeszcze kobieta uzyskała prawo do emerytury i w wieku 32 lat znalazła swój azyl w Dursztynie.

Pustelnia

Przepiękna panorama Tatr i Gorców, widok na Trzy Korony i majaczącą na zachodzie Babią Górę powaliły ją na kolana. W miejscu, z którego po raz pierwszy zobaczyła Tatry, postanowiła wybudować chatę. Odkupiła w tym celu końce leżących u stóp Czerwonej Skały działek i stopniowo aklimatyzowała się do otoczenia. Nie obyło się jednak bez zgrzytów. – Oto ci panna w krótkich spodenkach przyszła tu gorszyć naszą młodzież – nawet i takie głosy się odezwały. Na zakupionym przez siebie terenie zleciła wybudowanie drewnianej chaty – pustelni, tak lichej, że miejscowi nazwali ją Betlejemką. Czas mijał, zmieniała się Mieczysława. Zaczęto mówić o niej pustelnica lub Pani ze Skałki. Ograniczając swoje potrzeby do minimum, nie stroniła jednak od ludzi. – Któregoś dnia wpadła na taki pomysł, żeby każda gospodyni, która piecze chleb, upiekła jeszcze jeden dodatkowy. Wołała na niego „chlebosek” – wspomina 92-letnia dziś Filomena Hornik. – Zbierała potem te „chleboski” i zanosiła tym, którzy ich potrzebowali.

Niefortunna decyzja o zakupieniu kozy zaważyła na jej dalszym losie. Na Spiszu żaden chłop kozy trzymać nie chciał, a tu „pani z miasta” kozę kupiła – dziwili się gospodarze. „Gdy ludzie zobaczyli na Skałce kozę, od razu zmalałam w ich oczach do zera, pogardzili mną z miejsca” – pisała w swoich wspomnieniach. Odtąd, jak tylko chcieli jej dokuczyć, wołali na nią koza lub, przechodząc obok, meczeli wymownie. Nie przeszkodziło to Mieczysławie wywierać duży wpływ na ich życie. Spragniona codziennej Eucharystii, objęła pieczę nad pozbawionym kapłana kościołem, zajęła się też religijnym wychowaniem dzieci.

Groza wrześniowej nocy

Pewnej jesiennej nocy 1944 r. obudziło ją stukanie do drzwi. To lekarz Rajec z Frydmana z żoną i 3-letnią córeczką szukali wytchnienia w ucieczce. Zmartwiała. Wiedziała, że niespodziewani goście są Żydami i wiedziała, czym grozi udzielenie im pomocy. Zapewnili ją jednak, że chcą odpocząć  tylko przez chwilę, a potem pójdą dalej. – Las ma swój kres. Zima idzie. U mnie zostaniecie – zdecydowała niespodziewanie. Z malutką Ewą przeszła kilka wiosek, prosząc zaprzyjaźnione rodziny o przygarnięcie dziewczynki, gdyż płacz dziecka mógł zdradzić kryjówkę rodziców. Dopiero po długich staraniach udało jej się ulokować Ewę u pewnej dursztyńskiej rodziny, w której też były małe dzieci. Żydowskiemu małżeństwu oddała swój dom, a sama na 7 miesięcy przeniosła się do wykutej przed wojną jaskini.

Państwo Rajcowie już nie żyją. Umarli pod koniec lat 90. Ewa, ich córka, mieszka na Słowacji i jest okulistką. Podobno w tamtą straszną noc na pytanie pani Rajcowej co będzie, gdy przyjdzie gestapo, Pani ze Skałki odparowała: „Wtedy chwycimy się za ręce i razem pójdziemy do nieba!” – I w jakimś sensie słowa dotrzymała opowiadała odnaleziona po latach Ewa. – Ojciec zmarł w 1988 r., rok później odeszła mama, a po roku dołączyła do nich pani Faryniak. Wzięli się za ręce i poszli do nieba.

Lata po wojnie

Wojna się skończyła. Spisz wrócił do Polski. Żydzi ocaleli. Krótko po wojnie z własnej inicjatywy Pani ze Skałki została pierwszą nauczycielką i pierwszą kierowniczką polskiej szkoły w Dursztynie. Nawet po tym, jak w 1948 r. zrezygnowała z uczenia, nadal zajmowała się dziećmi. Stworzyła im coś na kształt przedszkola. – Robiła z nami takie spotkania, tzw. Aniołki – wspomina po latach Maria Bigos. – Spotykaliśmy się od św. Katarzyny do wiosny w wybranych chałupach. Dziewczynki uczyły się szycia i haftowania, a chłopcy majsterkowania. Spotkania te mocno zapadły w pamięć dzisiejszych 70-latków. – To był dla nas błogosławiony czas – opowiada Helena Bratkowska. – Uczyła nas dobrego zachowania, kultury osobistej i modlitwy, a wszystko to przeplatane było pracą. Zawsze, gdy we wsi było jakieś wesele, ona urządzała dla nas osobne „wesele” tylko po to, żebyśmy nie uczestniczyli w zabawie dorosłych – dodaje.

Pomniki pamięci

Dziś Mieczysławy Faryniak już nie ma. Umarła w 1990 r. Wyraźnym śladem po niej są mieszkające w Dursztynie siostry niepokalanki, którym w 1971 r. przekazała Skałkę. Zostały też 4 tomy zatytułowanego Tchnienie Ducha Świętego pamiętnika i garść wierszy o pięknie Tatr i okolicznych skałek. Jak stała, tak stoi Betlejemka, tyle że w towarzystwie ukończonej w 1960 r. kaplicy Ducha Świętego. – Tak żyła, tak mieszkała i tu się modliła pani Mieczysława – opowiada oprowadzająca po nich obu niepokalanka, s. Marianna. Jest też wydrążona w skale grota Michała Archanioła, w której przez 7 miesięcy mieszkała Pani ze Skałki, i skromna mogiła na dursztyńskim cmentarzu z drewnianym krzyżem i podmurówką z wapienia, na której często palą się znicze.

Jak ważną postacią dla miejscowych i przyjezdnych była przybyła z Kęt emerytowana urzędniczka bankowa, świadczą świadectwa tych, którzy dzięki niej odmienili swoje życie. Za jej przyczyną wielu wstąpiło do zakonu, zostało księżmi lub wyrwało się z nałogów. Pracę, którą wykonywała na rzecz lokalnej społeczności, docenił w osobnym liście sam arcybiskup Karol Wojtyła. Na przestrzeni tych wszystkich lat przez Skałkę przewinęło się mnóstwo osób duchownych i świeckich, a sama Mieczysława, jako mistyczka, trafiła do Leksykonu mistyki Petera Dinzelbachera. Notatkę o niej znaleźć można między biografią świętej Faustyny a życiorysem Ojca Pio.

Według potwierdzonych już informacji z inicjatywy Prowincji Zakonnej Franciszkanów (OFM) trwa zbieranie materiałów dotyczących życia i duchowej sylwetki oraz działalności charytatywno-wychowawczej Mieczysławy Faryniak. Jest to na razie proces wstępny – podkreśla odpowiedzialny za gromadzenie materiałów o. Zenon Styś OFM – prowadzony z myślą o wystąpieniu do władz kościelnych o rozpoczęcie dochodzenia diecezjalnego w sprawie jej beatyfikacji.

Czyżby proroctwo z 1938 r. miało szansę się spełnić?

Tekst: Krystyna Waniczek. (Artykuł ukazał się w wielkanocnym wydaniu „Tygodnika Podhalańskiego” w marcu 2016 r.)

 

Facebook Comments