Mistrz kleju i nożyczek

Palce Szczepana migają coraz szybciej. Z błyskawiczną prędkością odrywają kolejne skrawki bibuły i miętosząc je krótko, przemieniają w małe kuleczki. Urósł ich już spory stosik. Równiutkich, precyzyjnie jak spod igły zwiniętych drobinek…

Do takiej pracy trzeba mieć dużo cierpliwości – mówi, nie przerywając swojego zajęcia, 26-letni Szczepan Bizub z Dursztyna. – I trzeba ją lubić! Jeśli ktoś nie ma zamiłowania do prac plastycznych, będzie się tylko męczył – dodaje. Jemu, jak widać, cierpliwości nie brakuje, bo szybko zabiera się do mozolnego wklejania wyprodukowanych kuleczek w kontury wyciętego z tektury motyla. – Trzeba to robić  uważnie – podkreśla. – Bo tylko wtedy obrazek wygląda naprawdę dobrze.

Od zakończenia edukacji Szczepan dysponuje dużą ilością czasu. Lat mu przybywa, a do stałej pracy się nie nadaje. Dni wyglądają podobnie. Trochę obowiązków w domu, dopilnowanie dzieci kuzynkom, wizyty tu i tam, a potem wyprawy po potrzebne do prac materiały. Bo te, wbrew pozorom, czasem trzeba po prostu zdobyć. Jak choćby szyszki na bożonarodzeniowe stroiki, patyki do świątecznych reniferów czy bazie na mięciutkie w dotyku jajka wielkanocne. – Kiedyś robiłem z szyszek choinki – opowiada podekscytowany. – Strasznie się ludziom podobały. 

Ironia losu

A wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdyby nie cyniczne zrządzenie losu. Pewnego dnia, mając zaledwie 8 miesięcy, zwyczajnie, jak to dziecko, zachorował. W ośrodku zdrowia nie było w tym dniu lekarza, rodzice postanowili więc wezwać karetkę. Pogotowie przyjechało, orzekło zapalenie ucha środkowego, przepisało antybiotyk i wszystko podobno miało być dobrze. Niestety, w nocy bardzo wymiotował. Poranna wizyta w ośrodku zakończyła się straszną dla rodziców diagnozą. Lekarz rozpoznał u dziecka wirusowe zapalenie opon mózgowych. Już podczas punkcji w nowotarskim szpitalu widać było, że stan chłopca jest bardzo poważny. Na tyle poważny, że lekarze podjęli decyzję o przetransportowaniu go helikopterem do Szpitala Specjalistycznego im. Jana Pawła II w Krakowie. Niestety, ten najszybszy środek lokomocji zbyt długo kazał na siebie czekać. Ostatecznie nieprzytomnego już malca z nikłą szansą na przeżycie odwieziono zwyczajnie, karetką.

-Przepłakałam całą noc – opowiada po latach mama Szczepana, której na samo wspomnienie tamtych wydarzeń łzy nadal napływają do oczu. – Razem ze znajomą pojechałyśmy rano do Krakowa. A tam jeszcze gorzej. Wylew krwi do mózgu, śpiączka i paraliż prawej strony. Z bólu wydawało się, że oszaleję! To były najstraszniejsze godziny w moim życiu – wspomina.

Po dwóch tygodniach Szczepan wybudził się ze śpiączki, a paraliż ustąpił (z wyjątkiem przykurczu ścięgna Achillesa). Niestety, przeprowadzone tomografie potwierdziły to, czego obawiali się lekarze. W mózgu dziecka zaszły poważne, nieodwracalne zmiany. – Tylko czwarta jego część pracuje tak naprawdę właściwie. Reszta to jedna wielka biała plama – dopowiada pani Maria.

Długa rehabilitacja, wizyty u kolejnych specjalistów i ta straszna niepewność, co dalej, spędzały matce sen z powiek. Bolały też komentarze tych, którzy nie rozumieli trudnych zachowań nieradzącego sobie z emocjami dziecka. – Według papierów mój syn powinien być już roślinką – tłumaczy mama Szczepana. – A on funkcjonuje prawie samodzielnie i – jak na swoje możliwości – naprawdę dobrze się rozwija.

Magia kleju i nożyczek

Jakby na przekór okrutnej rzeczywistości Szczepan wziął się z nią ostro za bary i wbrew temu, co mówili lekarze, w wieku 5 lat zaczął chodzić. W zwyczajnej podstawówce spędził tylko rok. Normalny program okazał się dla niego zbyt trudny. – Mój syn umie czytać. Pisać też potrafi, ale z pamięci niczego nie napisze – wyjaśnia pani Maria. – Robi to raczej na zasadzie odwzorowania, przepisania tego, co widzi. Na szczęście decyzja o przeniesieniu chłopca do szkoły specjalnej nie kazała na siebie długo czekać i przed zagubionym mocno dzieckiem otworzyły się nowe możliwości. To tam, w dostosowanej do jego potrzeb placówce, Szczepan poznał świat zajęć plastycznych.  I tak zaczęła się jego wielka pasja.

Planowe zajęcia w szkole szybko przestały mu jednak wystarczać. Świadomość tego, że może zrobić coś naprawdę ładnego, za co zostanie pochwalony i doceniony, spowodowała, że ciągle miał ochotę na więcej. Chodził więc wszędzie tam, gdzie mógł się czegoś nauczyć. Warsztaty praktyczne w Młodzieżowym Domu Kultury w Nowym Targu lub w ukochanej przez niego „Chatce” – ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci – zaspokajały tę jego potrzebę. Do „Chatki”, pomimo wieku, nadal uczęszcza codziennie.

Znakiem rozpoznawczym Szczepana stał się pistolet do kleju na gorąco. I tak, jak zmieniają się pory roku, tak wraz z nimi zmienia się kierunek działań chłopaka. Kiedy za oknem pojawia się wiosna, on robi ozdoby wiosenne. A kiedy zima, na warsztat trafiają żarówkowe bałwanki, pingwinki z włóczkowych pomponów lub reniferki z wierzbowych gałązek. Kolejne święta – Wielkanocne czy Bożego Narodzenia – to także wdzięczny temat do pracy. Cekiny, sizal, filc, pianka dekoracyjna czy druciki kreatywne – wszystkie te rzeczy miał w ręku i ze wszystkich z powodzeniem korzystał. – Kiedy pani w szkole specjalnej zorientowała się, jak bardzo lubię zajęcia plastyczne i że jestem w nich naprawdę dobry, poprosiła, żebym pokazał jej moje prace – chwali się Szczepan z uśmiechem. – Było ich tak dużo, że obwieszono nimi szkolny korytarz.

Dobrze, że jesteś!

Rodzinna atmosfera, serdeczność, zrozumienie i wzajemna pomoc – wszystko to spowodowało, że można mówić o sukcesie Szczepana. Każda wizyta u specjalistów jest jego małym zwycięstwem. Zdarzyło się już, że badający go lekarz uwierzyć nie mógł, że pacjent – ten z kart choroby i ten stojący naprzeciw – to jedna i ta sama osoba. – Przykurczu ścięgna Achillesa niestety, nie da się operować – ubolewa mama Szczepana. – Szkoda, bo łatwiej byłoby mu chodzić, a tak wyraźnie utyka.

Szczepanowi wiele do szczęścia nie potrzeba. Wystarczy własny pokój i uznanie w postaci kolejnego dyplomu, którymi zdążył już obwiesić cały przedpokój.  Fajnie, gdy będą puzzle – najlepiej te z kilku tysięcy kawałków. Ułoży je, jak zawsze, bez spoglądania na obrazek. I przyda się też komputer z dostępem do internetu, bo w nim podejrzy trendy w ręcznie robionych ozdobach. I oby jak najdłużej byli rodzice, bo na nich zawsze może liczyć. – Mam czworo dzieci, ale wszystkie, od samego początku kocham jednakowo – podkreśla pani Maria. – Nigdy żadnemu nie dałam odczuć, że traktuję je jakoś inaczejdodaje. Szczepan świadom jest tego, że mamy i taty może mu kiedyś zabraknąć. – Ale mam jeszcze rodzeństwo – dodaje. Ta myśl wyraźnie go uspokaja.

Obecnie na warsztat Szczepana trafiły zające i jajka wielkanocne. Te pierwsze – wykonane z siana, a drugie z puchatych bazi. Szaraków jest już spora gromadka, a jajek pełen koszyk. – Zające i jajka będą dla wszystkich – zapewnia rozradowany. – Wszyscy je ode mnie dostaną! Zaniosę je ludziom w Wielkanoc. Niech mają ode mnie taki prezent!

Szczepan ma  jeszcze jedną, zupełnie świeżą pasję. Od kilku tygodni prowadzi w internecie bloga, w którym chwali się światu swoimi najnowszymi małymi arcydziełami.

Blog Szczepana do obejrzenia tutaj: Moje małe arcydzieła

 

Facebook Comments