O. Bonawentura Nosek – pożar i odbudowa klasztoru

Po wybudowaniu nowego kościoła i oddaniu go do użytku wydawać by się mogło, że wieś i duszpasterzujący w niej franciszkanie nareszcie wyszli na prostą. Ale wiele miało się jeszcze wydarzyć…

W centrum wioski od 60 lat stał duży klasztorny budynek (od 1955 r. wykorzystywany jako dom rekolekcyjny dla zakonników i osób świeckich), a niedaleko niego dumnie prężył się dopiero co wzniesiony kościół. Do pełni szczęścia brakowało właściwie tylko uniezależnienia się od plebanii i kościoła w Krempachach i uzyskania statusu autonomicznej parafii. W 1990 r. nowym duszpasterzem Dursztyna został pochodzący z pobliskiego Trybsza o. Juliusz Wadowski Cz.as jego posługi w tym miejscu liczył łącznie 3 lata i zakończył się w czerwcu 1993 r. 25 maja z Warszawy-Mokotowa decyzją władz Zakonu przybył do Dursztyna o. Bonawentura Nosek. 2 tygodnie wcześniej Definitorium Prowincji powierzyło mu funkcję proboszcza w tutejszej parafii, lecz obsadzenie placówki nowym ojcem poprzedziło pewne tragiczne w skutkach wydarzenie.

Pożar klasztoru i erygowanie parafii

27 kwietnia 1993 r. (na miesiąc przed przybyciem o. Noska) ok. godz. 10 w pokoju nieobecnego wówczas w klasztorze o. Juliusza Wadowskiego wybuchł pożar. Ogień bardzo szybko się rozprzestrzenił i po drewnianej konstrukcji I piętra dosięgnął dachu. Na miejsce przybyły liczne zastępy ochotniczych straży pożarnych z okolicznych miejscowości, a także zawodowi strażacy z Nowego Targu, Zakopanego i Nowego Sącza. Łącznie – jak donosi Kronika klasztoru – przy gaszeniu ognia pracowało ok. 25 jednostek strażackich. Pomagali także miejscowi. – Rzuciłem na linię elektryczną metalowy łańcuch. Nikt wcześniej nie wyłączył prądu. Dopiero wtedy doszło do zwarcia i prąd sam się wyłączył – wspominał tamten tragiczny w skutkach dzień mieszkający niedaleko klasztoru Bolesław Kaczmarczyk. Pożar udało się opanować dopiero w godzinach popołudniowych. Na szczęście, nikomu nic się nie stało – choć wikariusz o. Przemysław Brzozowski musiał ewakuować się po podsuniętej mu pod okno drabinie. – Sadziliśmy wtedy drzewka w Zorze, gdy w dali ujrzeliśmy kłęby dymu – opowiadała Anna Hornik. – Gdy dowiedzieliśmy się, że to pożar, rzuciliśmy wszystko i pobiegliśmy pędem do wioski. Na miejscu niewiele jednak dało się zrobić. Stare, dobrze wysuszone drewno płonęło niczym pochodnia. – To był taki piękny budynek – kontynuował swoją opowieść Bolesław Kaczmarczyk. – Kiedy wchodziło się na werandę, samym tylko zapachem modrzewia można się było upoić. Największym zniszczeniom, według relacji świadków i zapisków kronikarskich, uległy drewniane pokoje na poddaszu i dach budynku.

Pochodzącemu ze Złotej o. Bonawenturze Noskowi przypadło trudne zadanie. Władze Zakonu, wysyłając go na dymiące jeszcze zgliszcza klasztoru, liczyły na to, że przy całym swoim zaangażowaniu i przedsiębiorczości, jakoś go odbuduje. Szybko, bo już 4 czerwca przy okazji odpustu w Łapszach Niżnych nowy proboszcz zwrócił się więc z prośbą do księży z okolicznych wiosek, by ci w miarę możliwości swoich parafii wsparli Zakon przy odbudowie. Już w pierwszych dniach czerwca przebywający w klasztorze zakonnicy wspólnie z mieszkańcami Dursztyna rozebrali zniszczone fragmenty spalonego obiektu. Wieś zobowiązała się pomóc przy rozbiórce, ale o odbudowę Zakon miał postarać się we własnym zakresie. W związku z robotami, które trzeba było przedsięwziąć, usunięto wszystkie drewniane elementy budynku, a murowaną część parteru przerobiono i dostosowano do nowych planów. Zamiary te (bardzo ambitne) wymagały jednak poniesienia konkretnych nakładów finansowych. Od tej pory aż do 1998 r. wszystkim działaniom podejmowanym przez o. Noska, będzie towarzyszyła myśl o pozyskaniu środków koniecznych do realizacji narzuconego mu celu.

Kilka dni po tamtym odpuście w Łapszach Niżnych, dokładnie 10 czerwca 1993 r. w święto Bożego Ciała, po długim dążeniu do samodzielności i autonomii Dursztyn doczekał się własnej parafii. Uroczystość erygowania miała miejsce po południu o godz. 17, a przewodniczył jej ówczesny prowincjał o. Wacław Michalczyk w towarzystwie wikariusza prowincji o. Adama Błachuta, ks. dziekana Władysława Janczego z Dębna i innych. Od tego pamiętnego dnia mieszkańcy Dursztyna nie byli już zależni od Krempach i wszystko wreszcie mogli załatwić u siebie. Patronem nowo erygowanej parafii pozostał czczony w niej z dawien dawna św. Jan Chrzciciel.

Odbudowa klasztoru

W klasztorze nie dało się mieszkać. O. Bonawentura Nosek wraz z przysłanym mu do pomocy o. Wojciechem Hołujem, zamieszkali więc w zaadaptowanych do tego celu (jeszcze przez o. Apolinarego) pomieszczeniach gospodarczych. Warunki – na krótką metę nie były nawet złe. Na dłuższą, niestety, wykańczały. Największy problem stanowiła kuchnia. Ciemna, ciasna, niewygodna nie sprzyjała sprawnej robocie – zwłaszcza, gdy trzeba było gotować w niej dla większej ilości osób. Zdarzało się też nierzadko, że brakowało kucharkom wody, wtedy Maria Kaczmarczyk i Anna Hornik zmuszone były przynosić ją sobie ze studni.

Odbudowa klasztoru, choć słuszniej byłoby rzec rozbudowa – wymagała wyłożenia konkretnych środków. Nie był to jednak czas na zastanawianie się nad tym jak, gdzie i kiedy je pozyskać. Trzeba było działać – tu i teraz. O. Bonawentura Nosek do powierzonego mu zadania podszedł bardzo ambitnie. Kronika klasztoru, którą krótko po pożarze zapoczątkował, upstrzona jest jego relacjami z głoszonych tu i ówdzie rekolekcji. Wpływy otrzymane z tych nauk gorliwy duszpasterz przeznaczał na zakup potrzebnych mu materiałów budowlanych lub na opłacenie wynajętych robotników. Nie wahał się też kwestować. Robił to wszędzie tam, gdzie przychylnym okiem patrzyli na jego działania proboszczowie.

Obu dursztyńskim ojcom w zebraniu środków na odbudowę pomagali także gwardiani innych klasztorów matczynej prowincji. Na przykład pochodzący z Dursztyna o. Kamil Łętowski – gwardian i proboszcz na krakowskich Azorach – przez kilka lat z rzędu celowo prosił o. Wojciecha Hołuja o pomoc w chodzeniu po kolędzie. Ofiary, które o. Wojciech w ten sposób zebrał, mógł zabrać ze sobą i przekazać o. Bonawenturze. – Szkoda mi ich było. O. Apolinary też się urobił, ale miał chociaż, gdzie mieszkać – mówiła Maria Bigos.

Sposoby świadczenia pomocy dotkniętym nieszczęściem zakonnikom były różne. Ludzie przekazywali pieniądze, deski, drewno i inne materiały. Każdy ofiarował, co mógł, robiąc to na miarę swoich możliwości. – Z sąsiednich parafii otrzymaliśmy znaczącą pomoc materialną w postaci drewna i desek – pisał pod datą 16 września 1993 r. o. Bonawentura. – Materiał ten ofiarowano nam z parafii: Krempachy, Nowa Biała, Trybsz, Łapsze Wyżne, Łapszanka, Łapsze Niżne, Harklowa, Dębno, Szlembark, Frydman. Wsparcie finansowe otrzymaliśmy natomiast z parafii: Maniowy – 4 mln. zł, Łopuszna – 7 mln, i z Falsztyna – wyliczał. Także firmy przekazywały pomoc klasztorowi. Na prośbę o. Bonawentury np. firma „Kruszgeo” nieodpłatnie przysłała klasztorowi kilka ton piasku i mieszanki grysu.

Projekt odbudowy spalonego klasztoru – podobnie jak projekt budowy nowego kościoła – opracował mieszkający w Dursztynie inż. Jan Świst. Budynek, który zaprojektował, miał składać się z 2 części: pierwszej z osobnym wejściem i klatką schodową przeznaczonej dla stałych mieszkańców; i drugiej (reprezentacyjnej) dla przebywających w klasztorze gości. Inauguracyjnymi pracami w starej części budynku było wykonanie podpiwniczenia w tych miejscach, w których piwnic przed pożarem nie było, a swoistego rodzaju novum decyzja o dobudowaniu nowego skrzydła od zachodu. Etapów robót było kilka, a głównym majstrem budowy (podobnie jak przy kościele) został długoletni kościelny i stolarz zarazem – Jan Jeleń. Już późną jesienią 1993 r. udało się robotnikom wznieść więźbę dachową nad starym obiektem. Niestety, z racji zbliżającej się wielkimi krokami zimy, nie było szans na pełne domknięcie budynku w stanie surowym. Świeżo wzniesioną więźbę dachową zabezpieczono więc papą i postanowiono zaczekać z kontynuacją robót do wiosny.

W kwietniu 1994 r. rozpoczęto prace przy obu planowanych skrzydłach bocznych – zachodnim i wschodnim. Wykonano fundamenty, piwnice, ściany I piętra i mury II. A po postawieniu wszystkich krokwi, wymurowano kominy, postawiono ściany szczytowe i pokryto dach blachą miedzianą. W pustej przestrzeni pod dachem zachodniego skrzydła pozostawiono miejsce na przyszłą klasztorną kaplicę. Pod datą 19 listopada 1994 r. o. Bonawentura z radością obwieścił finał prac obliczonych na postawienie całego budynku w stanie surowym zamkniętym. Następne lata – tj. rok 1995 i 1996 – wypełniały najprzeróżniejsze prace wewnątrz. Tynkowanie, zakładanie instalacji elektrycznej, instalacji sanitarnej, odgromienie, budowa kotłowni, szamba, montaż stolarki drzwiowej i okiennej – wszystkie te czynności wykonano w tamtym okresie.

Osobną kwestią i nowym wyzwaniem stojącym przed o. Bonawenturą była konieczność zadbania o potrzebne wyposażenie wybudowanych pomieszczeń, meble, sprzęty i wszystko to, czego potrzeba do normalnego codziennego funkcjonowania. Ostatecznie, po 2,5-letnich zabiegach, trudach i wyrzeczeniach (choć nie wszystko było jeszcze zrobione) noc z 31 października na 1 listopada 1996 r. była pierwszą, którą obaj ojcowie spędzili w odbudowanym klasztorze. Już następnego dnia po tym doświadczeniu o. Bonawentura z radością obwieścił: – Jest to wydarzenie historyczne, że po latach niewygody, wreszcie w przyzwoitych warunkach można dalej mieszkać. Jest to też nadzieja, że wszystkie podejmowane prace doprowadzą do pomyślnego końca odbudowy klasztoru. W podsumowaniu końcowym bogatego w wydarzenia roku 1996 dursztyński gwardian podkreślił dużą życzliwość i pomoc, jaką on i o. Wojciech Hołuj otrzymali ze strony ówczesnego prowincjała o. Adama Błachuta, który osobiście zabiegał o wszystkie sprawy związane z opłaceniem robotników i któremu zawsze leżało na sercu dobro dotkniętej nieszczęściem placówki.

Kaplica św. Salwatora z Horty

W roku przeprowadzki obu ojców na nowe w pozostawionej w zachodnim skrzydle przestrzeni zaczęto formować kaplicę. Usytuowano ją na II piętrze, wysoko nad ziemią, zwróconą bokiem w stronę zachodzącego słońca. Z jej okien roztacza się widok na położone w pewnej odległości od wioski Lorencowe Skałki, dalsze już – Kramnicę, Cisową i Obłazową, a hen daleko na horyzoncie także na Pilsko i Babią Górę. Patrząc blisko – pod stopy, z okien kaplicy zlustrować można cały parafialny cmentarz – z marmurowymi pomnikami od północy, żelaznymi krzyżami od południa i rozrzuconymi tu i ówdzie małymi dziecięcymi grobami.

Patronem obecnej kaplicy, podobnie jak całego obiektu, jest franciszkanin – św. Salwator z Horty. Władze Zakonu nie bez przyczyny to właśnie jego w 1938 r. obrały za orędownika i opiekuna swoich spraw w Dursztynie. Kanonizowany w roku erygowania placówki święty odznaczał się bowiem bliskimi im przymiotami i charyzmatami. Dar uzdrawiania, jaki posiadał, jak mało który, pokrywał się z pierwotnym zamiarem Zakonu wybudowania w Dursztynie domu wypoczynkowego dla chorych i podupadłych na zdrowiu zakonników. Nie bez znaczenia był też fakt, że urodzony w 1520 r. Salwator, tak jak wypoczywający w Dursztynie mnisi, był wiernym naśladowcą św. Franciszka.

Już w starym budynku sprzed pożaru znajdowała się wewnętrzna kaplica, ciesząca się tymi samymi przywilejami, co wszystkie kościoły franciszkańskie. Najpierw prowizoryczna – wygospodarowana z dwóch, położonych od strony cmentarza pokoi; z czasem dopracowana, lepiej doposażona – godnie prezentowała się na urządzonym w drewnie I piętrze. Wielkie zasługi w jej wykończeniu miał wspomniany już wcześniej br. Urban Duda, który – gdy tylko ucichła wojenna zawierucha – przystąpił do prac modernizacyjnych. To w tej kaplicy odbywały się zwyczajowe klasztorne modły i to w niej sprawowano wszystkie te Msze św., których – z takich czy innych względów – nie można było odprawić w kościele.

Pamiętny pożar z 1993 r. przeorganizował nie tylko wygląd klasztoru, ale i położenie kaplicy. Starą, wykonaną z drewna, rozebrano, a nową zaprojektowano w dobudowanym od zachodu skrzydle o kondygnację wyżej od poprzedniej. Miejsce na nią – w formie wolnej przestrzeni – pozostawiono już w 1994 r. Wtedy bowiem, w czasie dążenia do zabezpieczenia i zamknięcia budynku w stanie surowym przed nadejściem zimy, najważniejszym dla budowniczych i inwestorów było wybudowanie murów nieistniejącego wcześniej II piętra, postawienie bocznych skrzydeł, wzniesienie ścian szczytowych i przykrycie całości dachem. Samą kaplicą z czystym sumieniem można było zająć się później. Kiedy więc uporano się już z najważniejszymi robotami, tymi tynkarskimi również, Jan Jeleń – zasłużony podczas budowy kościoła majster, długoletni kościelny i doświadczony stolarz – przystąpił w 1996 r. do pierwszych prac obliczonych na wyszykowanie wnętrza kaplicy. Dowodem na jego działania jest wpis z 31 grudnia 1996 r., w którym o. Bonawentura donosił o zakupie terakoty na wyłożenie posadzki w kaplicy i notatka o wypłaceniu Janowi Jeleniowi w 1996 r. pierwszych należności. W 1997 r. prace w kaplicy kontynuowano. Ucieszony tym, co widział gwardian, już w kwietniu z radością napisał: Pan Jan Jeleń, nasz kościelny, rozpoczął prace wewnątrz kaplicy. Drewnem wykańcza sufit, który prezentuje się teraz bardzo pięknie. Cała kaplica nabiera wspaniałego wyglądu, chociaż do końca prac jeszcze bardzo daleko.

Z czasem budowana na nowo kaplica doczekała się dwóch rzędów solidnie wykonanych drewnianych ławek; umiejscowionych pod bocznymi oknami ław; wyłożonej płytkami podłogi, rzeźbionego ołtarza ofiarnego i pasującej do niego ambonki. We wrześniu 1998 r. zamontowano w niej tabernakulum i wieczną lampkę, a pod sufitem podwieszono lampy wykonane przez Marka Ganewa z Krakowa. Największą ozdobą klasztornej kaplicy są jednak piękne drewniane krokwie odcinające się wyrazistym brązem od śnieżnobiałych, zamkniętych trapezowym zwieńczeniem ścian.

O. Bonawentura i o. Wojciech Hołuj przeżyli jeszcze jedną wielką mobilizację. Otóż, po uzgodnieniu z prowincjałem o. Adamem Błachutem dom w Dursztynie już w 1998 r. znów miał służyć jako czynny ośrodek rekolekcyjny dla współbraci. Pierwsze takie spotkanie wyznaczono już na 18 października. Dursztyńscy duszpasterze musieli więc dołożyć wszelkich starań, by zdążyć z przygotowaniami na czas – tak, by w ustalonym przez przełożonego terminie nikomu z zaproszonych gości nie zabrakło szklanki, widelca, pościeli czy łóżka. Ważnym elementem ich starań – z oczywistych w tym wypadku względów – była także klasztorna kaplica.

18 października 1998 r. przybyły do Dursztyna prowincjał o. Adam Błachut specjalnym dekretem zezwolił na przechowywanie w wyszykowanej na pierwsze rekolekcje kaplicy Najświętszej Eucharystii. – W trosce o życie duchowe Wspólnoty klasztornej w Dursztynie, mocą tego dekretu zezwalam na stałe przechowywanie Najświętszej Eucharystii w kaplicy tejże Wspólnotypisał we wklejonym do kroniki dekrecie. Dwa dni później osobiście dokonał także poświęcenia i erygowania w kaplicy Stacji Drogi Krzyżowej. – Wierni, którzy odprawią to nabożeństwo ku czci Męki Chrystusa, będą mogli uzyskać odpusty według ustaleń Penitencjarii Apostolskiejgwarantował w kolejnym dołączonym do kronikarskich zapisków dokumencie. Erygowane przez niego Stacje Drogi Krzyżowej w formie krzyży z małymi wizerunkami przekazał klasztorowi w darze o. Jerzy Kraj.

Witraże jako votum

Równolegle do starań o przywrócenie świetności klasztorowi o. Bonawentura nie zaniedbał wcale dobra parafii. Na jego apel antykorozyjną farbą pomalowano dach kościoła, a z okazji wizyty ks. biskupa Jana Szkodonia położono wokół świątyni betonowy chodnik. Przykościelny cmentarz również upiększono – posadzeniem w jego obrębie smreków, krzaków róż i tui. W 1999 r. kościół wzbogacił się jeszcze o sterowane elektronicznie dzwony i budzącą zachwyt najmłodszych ruchomą bożonarodzeniową szopkę.

W maju 1999 r. w oknie umiejscowionym w północnej ścianie kościoła ku zaskoczeniu wielu zamontowano witraż z wizerunkiem Matki Boskiej Anielskiej. Do tej pory jedynie w prezbiterium można było zobaczyć przepuszczające światło mozaiki – 2 większe z wizerunkiem św. Franciszka z Asyżu i św. Antoniego z Padwy; i 3 mniejsze zamontowane wysoko pod sklepieniem. Wszystkie je przed 10 laty ufundowali dursztynianom rodacy mieszkający na stałe za granicą. W miesiąc po wstawieniu od północy wizerunku Matki Boskiej Anielskiej pojawiły się kolejne witraże. Od południa były to: postać Ojca św. Jana Pawła II z zarysem Bazyliki św. Piotra, katedry na Wawelu, Giewontu i kościoła w Dursztynie w tle – na podkreślenie Roku Jubileuszowego 2000 i Milenium i Biskupstwa Krakowskiego; oraz wizerunek 4 błogosławionych męczenników II wojny światowej z Zakonu Braci Mniejszych – Krystyna Gondka, Narcyza Tuchana, Brunona Zembola i Marcina Oprządka. W dwóch małych okienkach pod chórem zamontowano mniejsze witraże geometryczne. Wszystkie one – plus witraż z wizerunkiem św. Salwatora z Horty założony w oknie klasztornej kaplicy – były votum za uzdrowienie ofiarowanym kościołowi w Dursztynie przez Aurelię Ostrowską z Warszawy. Jak podaje klasztorna kronika – wtedy, w 1999 r., koszt wykonanych przez firmę „Testor” Macieja Szwagierczaka z Krakowa witraży wyniósł ok., 25 tys. zł, a ich projektantką była Regina Rychłowska-Molińska z Krakowa.

Nawiedzenie Obrazu Jasnogórskiego

Wydarzeniem, któremu o. Bonawentura poświęcił aż 14 stron w pisanej przez siebie kronice, było Nawiedzenie Obrazu Jasnogórskiego. Miało ono miejsce w dniach 20 – 21 lipca 1999 r., a jego pokłosie zapisało się trwałymi literami w sercach ludzkich. Podobne przeżycie było już udziałem dursztynian 31 lat wcześniej. Wtedy jednak widzialnym znakiem nawiedzenia było przybycie do wioski jedynie ram Cudownego Obrazu i symbolizującej obecność Matki Bożej świecy. W lipcu 1999 r. Dursztyn i inne wioski dekanatu niedzickiego w ramach ogólnopolskiej peregrynacji nawiedziła kopia Cudownego Obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Przewieziona z Krempach w asyście radiowozu policyjnego i wozu strażackiego po godz. 17 dotarła do bram wioski. Wizerunek Matki Bożej peregrynował w specjalnie do tego celu przystosowanym samochodzie-kaplicy, a towarzyszył mu jego kustosz o. Jan Bednarz – paulin. Zebrani na modlitwie różańcowej ludzie, którzy do godnego przeżycia nawiedzenia przygotowywali się już od dwóch tygodni, po uformowaniu pochodu wyszli w procesji z kościoła na Skałkę. Tam, u wrót wioski, o. proboszcz przejął od proboszcza z Krempach ks. Jacka Wieczorka kopię Cudownego Obrazu, a następnie w uroczystym orszaku, w którym przedstawiciele wszystkich dursztyńskich stanów (franciszkanie, siostry niepokalanki i werbistki, matki, ojcowie i młodzież) nieśli na zmianę Matkę Bożą, wprowadzono obraz do kościoła.

Na szczególną uwagę zasługuje strona organizacyjna przeżytego przez ludzi nawiedzania. Wszystkie domy na tę uroczystość zostały odświętnie ustrojone, obejścia uprzątnięte, a cała trasa przemarszu i przejazdu kopii Cudownego Obrazu udekorowana Maryjnymi emblematami. Na początku wsi mężczyźni z drewnianych żerdzi wznieśli bramę, na której umieścili napis: Witaj, Jasnogórska Pani. Przy wejściu do kościoła stały dwa zielone smreki, pomiędzy którymi widniał napis: Matko, wstawiaj się za nami. Również kościół na tę okoliczność pięknie udekorowano i przystrojono kwiatami, wieńcami i wstążkami. W głównym ołtarzu obok tabernakulum postawiono nakryty biało-czerwonym płótnem tron dla Cudownego Obrazu, a między nawą a prezbiterium zawisł napis: Oto Matka Twoja.

Po wprowadzeniu wizerunku Pani Jasnogórskiej do kościoła odbyły się uroczyste mowy i powitania ze strony wszystkich stanów. Przy tej okazji przywołano również postaci dwojga kluczowych dla pierwszego nawiedzenia postaci – tj. o. Antoniego Lei i napisanej przez niego na tamtą okoliczność pieśni O Matko, Ty coś nawiedziła…, którą także wtedy odśpiewano; oraz autorki licznych, wygłoszonych wówczas wierszy – pustelnicy Mieczysławy Faryniak. Mszę św. na rozpoczęcie nawiedzenia parafii odprawiło ponad 30 kapłanów, homilię wygłosił ks. biskup Jan Szkodoń, a podniosły nastrój uroczystości podkreśliła zaproszona przez o. Bonawenturę orkiestra dęta ze Złotej – jego rodzinnej miejscowości.

O północy przy ołtarzu stanęli pochodzący z Dursztyna kapłani – o. Maciej Kaczmarczyk, o. Kamil Łętowski i ks. Antoni Pitek, by pod przewodnictwem o. Macieja sprawować Eucharystię w intencji kolejnych powołań kapłańskich i zakonnych z ich rodzinnej miejscowości. Wcześniej o godz. 21 odbył się jeszcze Apel Jasnogórski, a o 23 nabożeństwo za zmarłych. Przez całą noc trwało też czuwanie przy Cudownym Obrazie, a od godz. 7 rano do 15 dnia następnego dalsze spotkania modlitewne i uroczystości.

Ostatnią Mszę św. o godz. 15.45 odprawił o. Bonawentura Nosek w koncelebrze ze wszystkimi obecnymi na nawiedzeniu księżmi. Podczas tej Eucharystii uroczyście zawierzył swoją parafię szczególnej opiece Maryi, prosząc Ją, by na zawsze w niej pozostała. Po obrzędach pożegnania i mowach końcowych do kopii Cudownego Obrazu podeszli ubrani w galowe mundury strażacy, by na swoich barkach przenieść go do stojącego przy remizie samochodu-kaplicy. Opuszczającą Dursztyn Matkę Bożą żegnały słowa Te Deum i pieśni O Maryjo, żegnam Cię, po czym, przy dźwięku syreny strażackiej Jasnogórska Pani udała się do czekającej już na Nią Nowej Białej.

Facebook Comments