O. Antoni Leja

Po o. Maurycym Przybyłowskim przez kilka miesięcy 1948 r. administratorem Dursztyna z ramienia Zakonu Braci Mniejszych był budowniczy tutejszego klasztoru o. Ireneusz Kmiecik, a zaraz po nim (do 1949 r.) funkcję tę pełnił wspomniany przy okazji wywiezienia polskich zakonników na Słowację o. Ryszard Sakiewicz.

Następnymi, dłużej już pracującymi duszpasterzami wioski byli o. Józef Galas i o. Julian Kapałka. Za kadencji pierwszego udało się Zakonowi wykończyć i oddać do użytku II piętro w klasztorze. A podczas pobytu drugiego uzupełnić wyposażenie wnętrza o wiele potrzebnych sprzętów oraz dokupić od miejscowych gospodarzy zagon dla poszerzenia ogrodu. Tak przy wykańczaniu II piętra, jak i przy doposażeniu w sprzęty, wielkie zasługi położył opisywany już wyżej br. Urban Duda, który wtedy w Dursztynie pracował.

Renowacja kościoła

W notatce dziennej z 27 maja 1963 r. ówczesny prowincjał o. Maurycy Przybyłowski napisał: Jadę z p. (nazwisko nieczytelne!) malarzem i jego pomocnikiem do Dursztyna. (…) Kościół w Dursztynie będzie malowany w sierpniu, po przygotowaniu go przez murarzy. A pod datą 1 lipca dodał: Zamówiłem robotników do tynkowania kościoła przed malowaniem – Waniczka i Tomaszkowicza. W opisywanym przez o. Maurycego okresie administratorem filii w Dursztynie był o. Antoni Leja, a od zakończenia II wojny światowej większych robót konserwacyjnych w kościele nie było – z wyjątkiem podniesienia (za o. Juliana Kapałki) płaskiego sklepienia kościoła i utworzenia w jego miejsce – bardziej przystającego do wyobrażenia świątyni – sklepienia łukowego. Innym, niemniej naglącym problemem, okazała się być podłoga, pod którą wdał się grzyb.  – Tak, pamiętam dokładnie. Największy był w zakrystii – opowiadał nastoletni wówczas Marian Hornik. – Utkwiło mi to wyraźnie w pamięci, bo kiedy w naszym obejściu w wyniku uderzenia pioruna wybuchł pożar, mój ojciec pracował właśnie w zakrystii. W związku z koniecznością przeprowadzenia pilnych robót naprawczych o. Antoni Leja stanął więc przed niełatwym zadaniem nakłonienia ludzi do współuczestniczenia w remoncie kościoła i finansowej pomocy.

Pochodzącemu z Czarnego Dunajca kapłanowi dyplomacji i serca w podejściu do powierzonych mu parafian nie brakowało. W końcu był – jak i oni – górolym nie spod samiućkiyk Tater. A że do Dursztyna przy różnych okazjach przyjeżdżał także wcześniej, ludzie lubili go i cenili. Pod datą 1962 r. rada z tych wizyt Mieczysława Faryniak odnotowała: Tymczasem we wsi, na miejsce o. Juliana, osiadł o. Antoni Leja. Od razu zaznaczył styl swego życia: naśladowanie Ewangelii. Stał się wzorem. Zasadą jego była cichość, w której Chrystusa naśladował, i pokora, królewska pokora.

O. Antoni, przejmując opiekę duszpasterską nad Dursztynem, był dojrzałym, 53-letnim mężczyzną w sile wieku. Z natury, wyglądu i filozofii życia przypominał nieco pierwszego duszpasterza wioski o. Maurycego Przybyłowskiego. Łączyło ich obu nawet więcej, bo tak jeden, jak i drugi parali się pszczelarstwem; i – tak jeden, jak i drugi – w wolnych chwilach pisali wiersze. Charakterystyczne dla o. Antoniego umiłowanie prostoty w połączeniu z wyrafinowanym i ciętym dowcipem oraz szczyptą specyficznej ironii sprawiły, że ludzie do niego lgnęli. Miał w sobie coś, co ich przyciągało – życzliwość, nastawienie na drugiego człowieka, wyrozumiałość i empatię. – Lekcje religii w jego wykonaniu były lekcjami filozofii. Czy my, nastolatkowie, coś z nich wtedy wynieśliśmy? Trudno powiedzieć. On w każdym razie mocno wierzył w nasze możliwości – wspominał jeden z jego dawnych uczniów Marian Hornik – Każdą lekcję zapisywał nam na maszynie do pisania. Gdybym dobrze poszukał, może bym jeszcze te kartki odnalazł

Pomimo światowego obejścia, dobrej znajomości kilku języków, odbytych za granicą studiów i wielu takich doświadczeń najbardziej cenił zwyczajność. – Byłam wtedy kucharką w klasztorze – opowiadała Helena Pierchała. – Jedno mi w kółko powtarzał: „Helu, Helu, nie martw się wcale o obiad. Ziemniaki z kwaśnym mlekiem – tyle mi tylko potrzeba”. Skłonność do zadumy i pogłębianie życia wewnętrznego szły w przypadku o. Antoniego w parze z zamiłowaniem do prac manualnych. To przy nich odnajdywał spokój i wyciszenie, a te najczęściej były jednak z dala od wioski. – Moja siostra pracowała wtedy w klasztorze. Któregoś dnia o. Antoni nabrał ziemniaków i marchwi i powiedział jej, że wychodzi do Jurgowskiej Skały, piec grule. I poszedł – opowiadała Helena Sowa. – W tym czasie ktoś przyszedł do niego. Wyszła więc na zewnątrz i woła: „Ojcze, ojcze! Gdzieś ojciec jest?!” Dopiero jak wybiegła poza klasztor, z Międzyzorów usłyszała głos: „Tu jestem, tu!” Zamiast odpoczywać, plótł tam koszyki. Rozdawał je później na prawo i lewo. – Jak tylko widział, że komuś brakuje koszyka, pytał: „Nie masz? – Przyjdź, to ci dam” – potwierdził Tadeusz Kubuszek. Inne zajęcie, które upodobał sobie pracowity duszpasterz, to własnoręczne splatanie różańców. Te, przez niego wykonane, miały idealnie równe paciorki, były mocne i służyły ludziom przez wiele lat.

Urodzony w Czarnym Dunajcu ojciec nie byłby prawdziwym góralem, gdyby nie wykazywał się czasem krewkością. – Zdarzało się czasem, że (jak to chłopcy) coś zbroiliśmy lub ociągaliśmy się przy robocie. Łapał wtedy za to, co miał pod ręką, wymachiwał tym i krzyczał na nas po niemiecku – wspominał Marian Hornik. – Nic nie rozumieliśmy z tego, co do nas mówił, ale widać było, że był porządnie zeźlony. Przypadki wybuchu gniewu na dokuczających dziewczynom chłopców pamięta też Tadeusz Kubuszek. – Jak tam który jakiej dokuczał, to działo się na religii!

Zaangażowanie w dobro klasztoru i kościoła nie przeszkadzało o. Lei angażować się w dobro parafian. I choć remonty wymagały sporych nakładów finansowych i ciężkiej nieraz pracy, to najważniejszy zawsze był dla niego człowiek. – To był taki ksiądz, że jak widział, że komuś się nie przelewa, to nie dość, że nie wziął za pogrzeb czy Mszę św., to jeszcze dał to, co miał – wspominała Helena Sowa. I, jakby na potwierdzenie tych słów, przytoczyła pewną szczególną, dającą do myślenia historię. – Pewnego razu, gdy byliśmy na jarmarku w Nowym Targu, podeszło do nas takich dwóch. Popatrzyli po przytwierdzonej do wozu tabliczce, skąd jesteśmy. Jak zobaczyli, że z Dursztyna, zapytali, czy znamy o. Antoniego Leję. Odpowiedzieliśmy, że tak, że jest u nas księdzem i to bardzo dobrym księdzem! – opowiadała. Jak się później okazało pytający byli krewniakami o. Lei, a puentą najlepiej obrazującą poświęcenie i zaangażowanie ich stryjka w dobro powierzonej mu parafii było stwierdzenie jednego z nich: Są księża, którzy do domu przynoszą. A ten nie dość, że nie przynosi, to jeszcze z niego wynosi!

W wymianę zagrzybiałej podłogi, nad którą tak bardzo ubolewał o. Maurycy, zaangażowała się cała wieś. – Ludzie poskładali się na deski „półtorówki” na tę podłogę.  Heblowali je przed założeniem na starym cmentarzu przykościelnym – potwierdził mieszkający obok kościoła Tadeusz Kubuszek. W pokryciu dachu świątyni blachą i odnowieniu daszku na murku otaczającym przykościelny cmentarz pomogli natomiast mieszkający w USA parafianie. I znów okazało się, że nie ma rzeczy nie do zrobienia, bo gdzie wola, znajdzie się i sposób. I tak za kadencji lubianego przez ludzi duszpasterza udało się wzmocnić chór żelaznymi trawersami, zamontować pająki elektryczne, przerobić wieczną lampę na prąd, a zbyt dużą gabarytami ambonę pomniejszyć. Również w klasztorze poczyniono ważne inwestycje. W 1967 r. zmieniono sporą część gontów na dachu, a poprzez umiejętne pozamienianie gruntów z Józefem Bigosem, poszerzono ciasne podwórko.

Nawiedzenie Matki Boskiej Jasnogórskiej

Największym jednak przeżyciem duchowym, a zarazem wielkim wyzwaniem organizacyjnym – tak dla o. Lei, jak i powierzonych mu parafian – było przygotowanie kościoła i wioski do przyjęcia w lipcu 1968 r. Nawiedzenia Matki Boskiej Jasnogórskiej. Po dekanacie suskim, nabożeństwo, którego pomysłodawcą był ks. kard. Stefan Wyszyński, przejął bowiem dekanat spiski, a pierwszą wioską witającą Matkę Bożą na Spiszu był położony „przez miedzę” Trybsz. Nastroje i podekscytowanie panujące wśród mieszkańców w związku z tym ważnym wydarzeniem duchowym tak opisała Mieczysława Faryniak: Już dowiedzieliśmy się, że wkracza (świeca symbolizująca obecność Matki Bożej i ramy Jej Cudownego, uwięzionego przez komunistyczną Służbę Bezpieczeństwa, Obrazu – przyp. K.W.) na Spisz. Jutro będzie w pobliskiej wiosce, w Trybszu. Biegną tam nasi ludzie popatrzeć, jak przyjęcie wypadnie. Wracają zachwyceni i zmiażdżeni wspaniałością przyjęcia!

Wnętrze dursztyńskiego kościoła jeszcze przed oczekiwanym Nawiedzeniem przeszło kapitalny remont, lecz elewacja na zewnątrz świątyni i murek otaczający przykościelny cmentarz nadal pozostawiały wiele do życzenia. Na szczęście, początkowa obawa, czy wszystko pójdzie tak, jak trzeba, dość szybko przerodziła się w działanie. Bo już kilka linijek poniżej Pani ze Skałki napisała: Ludzie zbierają się grupkami, wyciągają drabiny, stawiają rusztowania, tynkują pięknie kościół. Układają chodnik przed wejściem do kościoła i naprawiają mur wokół niego. Przebywający w klasztorze klerycy także nie próżnowali. To ich staraniem na przykościelnym cmentarzu stanął ołtarz polowy ustrojony spiskimi chodnikami i chustkami. I to ich wysiłkiem w tę podniosłą uroczystość iluminacją Maryjną rozbłysła przystrojona chorągwiami kościelna wieża. Jakby tego było mało, młodzi franciszkanie angażowali się również w ozdabianie prywatnych domów i obejść, spiesząc z pomocą i radą wszędzie tam, gdzie byli ludziom potrzebni. – W przeddzień nawiedzenia wieś była nie do poznania – opisywała dziejące się na jej oczach starania Pani ze Skałki. – (…) Każdy dom był udekorowany, każde obejście wokół domu wymiecione, coś niebywałego. Oblicze wsi zmieniło się na radosne i pogodne. Od Skałki aż po sam kościół drogę umajono gałązkami, lampami i różnokolorowymi wstążkami, a z przyniesionych przez młodzież gałązek kobiety splotły wieńce, którymi przystroiły drzwi i mury kościoła oraz ramiona krzyża misyjnego. Oczekiwaną delegację przy wejściu na przykościelny cmentarz witała też brama wykonana z zielonych modrzewiów.

Wieczorem 17 lipca wokół ołtarza polowego zebrała się cała wieś. Mnóstwo osób przyszło też z okolicznych miejscowości. W oczekiwaniu na bicie dzwonów – znaku zbliżającej się od wzgórza Honaj delegacji z Frydmana – diakon Zenon Styś odmawiał z ludźmi różaniec. Kiedy wyczekiwani goście pojawili się wreszcie na horyzoncie, nastąpiło wielkie poruszenie. Nieprzywykli do takich wydarzeń ludzie z zapartym tchem obserwowali, jak duszpasterz Frydmana wchodzi na podwyższenie ołtarza polowego, a następnie ich ojcu przekazuje zapaloną świecę – symbol obecności wśród nich Matki Bożej. Po krótkiej przemowie frydmańskiego proboszcza nastąpiły okolicznościowe mowy i powitania przedstawicieli wszystkich stanów dursztyńskiej społeczności. Większość wygłoszonych wtedy wierszy napisał sam o. Leja, a kilka (na jego prośbę) także Pani ze Skałki. Po dziś dzień w rocznicę Nawiedzenia Matki Boskiej Jasnogórskiej w dursztyńskim kościele usłyszeć można jedną z ułożonych wtedy przez o. Antoniego pieśni – tę zaczynającą się od słów: O Pani, Ty coś nawiedziła nasz spiski, cichy, podtatrzański kraj…

Tygodniowe misje poprzedzające samo Nawiedzenie Matki Bożej, obecność w Dursztynie tak licznie przybyłych zakonników i księży, specjalny list ks. prymasa kard. Stefana Wyszyńskiego odczytany na tę okoliczność przez dziekana dekanatu spiskiego ks. Andrzeja Walenia, wizyta delegata kardynała Karola Wojtyły ks. prałata Stanisława Czartoryskiego, a po całonocnym czuwaniu przy Matce Bożej i uroczystościach dnia następnego jeszcze przyjazd ks. bp. Jana Pietraszki zamykającego ceremonię pożegnania, były czymś, czego nikt w Dursztynie jeszcze przed 40 laty nie umiałby sobie nawet wyobrazić. Dla upamiętnienia tego wielkiego wydarzenia mieszkańcy wioski postanowili istniejącą przy kościele kaplicę przerobić na kaplicę Matki Boskiej Częstochowskiej z Jej ołtarzem – takim samym, jak w dniu Nawiedzenia.

Okres posługi duszpasterskiej o. Antoniego Lei i jego stosunek do ludzi pięknie podsumowała wierna kronikarka tamtych czasów – Mieczysława Faryniak ze Skałki, pisząc: Życie we wsi płynęło spokojnie, bo – jaki kapłan – tacy i ludzie. On to przepraszał Boga we Mszy św. za grzechy nasze i wyjednywał nam Miłosierdzie Boże. A w innym miejscu, już bardziej subiektywnie, dodała: Jakże mi się to podoba, że życie jego prywatne jest tak proste i bez wyrazu jak najbardziej uproszczony ułamek. Właśnie tak wyobrażam sobie życie zakonnika. Gdyby nie jego obecność w Dursztynie, byłoby mi bardzo trudno.

Facebook Comments