Br. Urban Duda – historia

Jeśli o. Ireneusza Kmiecika można określić mianem założyciela domu wypoczynkowego w Dursztynie, a o. Maurycego Przybyłowskiego pierwszym duszpasterzem i dobrodziejem wioski, to br. Urbana Dudę trzeba nazwać głównym „wykończeniowcem” klasztoru.

Ten skromny, cichy zakonnik w murach dursztyńskiej placówki zostawił sporą część siebie. Pracował tu okresowo. Zawsze, gdy zaszła taka potrzeba i zawsze, gdy chcieli tego przełożeni. Jego wyjątkową naturę i piękne posłannictwo najlepiej oddaje wypowiedź ks. Mariana Dudy (dalekiego krewniaka br. Urbana), który książeczkę poświęconą jego pamięci rozpoczął słowami: Pośród nas żyją nadzwyczaj piękni ludzie, są wyjątkowi w swej prostocie, nie rzucają się w oczy, robią to, co do nich należy, cudownie przeżywają zwyczajność, „przesiąknięci” są Bogiem.

Pochodzący z Brudzowic br. Urban związał swój los z Zakonem stosunkowo późno, bo jako dojrzały już 37-latek. Wcześniej nie miał jak zrealizować powołania, bo przeszkodził mu w tym czynny udział w I wojnie światowej, a potem problemy z powrotem z Rosji do Polski. Osobną kwestią pozostaje fakt, że po prawdzie to dojrzało ono w nim podczas wojny. Do Dursztyna przyjechał po raz pierwszy w roku swojej profesji wieczystej, tj. w 1933. Jeszcze nie wiedział, jak często będzie do niego powracał – i nie wiedział, że już do końca życia będzie za nim tęsknił. Przełożeni, wysyłając go do tej jedynej położonej w górach placówki, znali już jego umiejętności praktyczne oraz doświadczenie w stolarce i ciesielce. Mieli więc pewność, że będzie tutaj pomocny.

Prace wykończeniowe klasztoru

Zima 1933 r. zastała dom wypoczynkowy w Dursztynie w stanie surowym zamkniętym. Dwupiętrowy, przestronny, cieszył oko czuwającego nad budową o. Ireneusza Kmiecika, ale i martwił – mnogością koniecznych wydatków. Jak wiele było w nim do zrobienia, świadczy wypowiedź mieszkańca – długoletniego kościelnego Michała Jelenia, który tak opisał perypetie mieszkaniowe doglądających budowy zakonników: Brat Urban (…) zamieszkał razem z o. Ireneuszem w prywatnym mieszkaniu, ponieważ w klasztorze stały tylko mury. Według jego relacji przysłany do Dursztyna brat zakonny pracował przy domu wypoczynkowym jako cieśla, pełnił też funkcję zastępcy kierownika budowy. Dbał między innymi o dostarczenie robotnikom dobrej jakości drzewa po niewygórowanej cenie. To rżnięte kupował w tartaku w Niedzicy, a resztę gdzie tylko mógł w okolicy. Przy tej okazji bogaty w doświadczenia wojenne zakonnik dał się też poznać jako człowiek niezwykle zatroskany o dobro Zakonu. Materiały potrzebne mu na budowę zawsze starał się nabyć jak najtaniej. A to, co sam zarobił – pracując podczas wakacji w kamieniołomie w rodzinnej miejscowości, czy zbierając grzyby w Dursztynie – przeznaczał na potrzeby Zakonu. O sobie nie myślał wcale lub bardzo mało – mocno wyczulony na ślub ubóstwa, który kiedyś złożył. Pierwszy swój pobyt w Dursztynie zakończył w 1935 roku. Po czterech latach przysłano go jednak z powrotem.

II wojna światowa zastała br. Urbana w Dursztynie. Przyjechał tu po raz drugi, bo pracy nadal było sporo. Klasztor ciągle stał niewykończony, w środku brakowało mnóstwa sprzętów gospodarskich i mebli, niegotowe stało II piętro. Był za to już o. Maurycy – stały duszpasterz wioski i pierwszy gospodarz klasztoru, a później dołączył jeszcze o. Ryszard Sakiewicz. Na plan pierwszy koniecznych inwestycji – z racji chęci „gazdowania” – wysunęły się pomieszczenia gospodarcze wokół. Potrzebne były: stodoła – do przechowywania siana, stajnia – do trzymania żywego inwentarza, obora i mały domek dla służby. Wszystkie one – jak donosi ówczesna kronika klasztoru – powstały już w 1939 r. Niestety, nie udało ich się wykończyć, bo prace uniemożliwił wybuch wojny.

Przez kolejnych 5 lat placówka zakonna w Dursztynie formalnie podlegała słowackiej Prowincji Św. Zbawiciela, co skutecznie skomplikowało plan rozbudowy. Kiedy po jakimś czasie obu ojców zabrano na Słowację, br. Urban pozostał na miejscu sam. Spolegliwy charakter i umiejętność dostosowania się do każdej sytuacji spowodowały jednak, że i z nowymi słowackimi współbraćmi potrafił znaleźć wspólny język. W końcu ta wojna nie była jego pierwszą, brał przecież udział w poprzedniej. – Na temat polityki nie rozmawiał wcale lub, milcząc, nie chciał urazić rozmówcy. Może dlatego miał zawsze wolny wstęp na Spisz. Wiedziano bowiem, że idzie do nich człowiek Boży, przyjaciel, który pocieszy i niesie Boży pokój dla całej dziedziny – napisał w swych rozważaniach o br. Urbanie o. Albin Sroka. W podobnym tonie o życiowej mądrości i przenikliwej inteligencji doświadczonego życiem zakonnika wypowiedział się wspomniany już wcześniej Michał Jeleń. – Brat Urban był bardzo pracowity i zgadzał się z ludźmi. Ludzie byli z niego zadowoleni. Był bardzo pobożny. Pracował, ale w jednej ręce przebierał różaniec, a w drugiej trzymał siekierę. W rozmowie z ludźmi o niczym nigdy nie rozmawiał, jak tylko o Bogu – wyjaśniał.

Pochodzący z Brudzowic zakonnik jawił się ludziom jako człowiek na wskroś przesiąknięty Panem Bogiem. Spartański tryb życia sprawił, że cieszył się dobrym zdrowiem. Ci, którzy go poznali, wspominają, że przez całe życie dużo pościł. – Był Wielki Post, a on przez 40 dni maczał chleb w wodzie – opowiadała przychodząca za młodu do klasztornej kuchni Anna Sowa. Mieszkający z nim współbracia potwierdzają, że pościł też w okresie od Wszystkich Świętych do Bożego Narodzenia, a także w soboty i w środy. – Te soboty bardzo mnie zaskoczyły, ale kiedyś jako małą dziewczynkę pouczył mnie, że nie powinnam tańczyć w sobotę, bo to dzień poświęcony Matce Bożej – wspominała ta sama Anna Sowa. Jeśli więc wziąć pod uwagę, jak wielkie nabożeństwo żywił do Matki Boskiej Częstochowskiej i jakim kultem ją otaczał, to i to wyrzeczenie przestaje dziwić. Pochodzący z Brudzowic zakonnik nawet, kiedy nie pościł, najchętniej odżywiał się chlebem i mlekiem. Nie do końca wiadomo też, czy w ogóle mięso jadał, bo alkoholu unikał z pewnością. Z łóżka zrywał się bardzo wcześnie. Latem widywano go idącego po rosie na grzyby. Buty niósł przewieszone na kiju, bosymi stopami brodził w mokrej trawie, a w dłoni przesuwał paciorki różańca. Po grzybobraniu oporządzał zwierzęta gospodarskie, a potem punktualnie o godz. 6 dołączał do porannych medytacji.

Po wojnie

Kiedy wojna się zakończyła, z wygnania powrócił o. Maurycy, a spiskie wioski znowu włączono do Polski, wyjechał. Nie rozstał się jednak z Dursztynem na stałe. To jemu, choć formalnie przebywał gdzie indziej i kto inny korzystał z jego pracy, powierzono nadzór nad rozbudową i wykończeniem dursztyńskiego klasztoru. – Za pobytu o. Józefa Galasa (1949-1957 – przyp. K. W.) (…) budował z desek mieszkania na poddaszu z majstrami z Dursztyna – pisał o zaangażowaniu br. Urbana o. Julian Kapałka. Za mojego pobytu (1957-1962 – przyp. K. W.) zrobił stół i boazerię w refektarzu i klęczniki w kaplicy. Wykonał podmurówkę pod siatką ogrodzeniową od strony cmentarza z cementu. Zaprawił też słupki żelazne i siatkę w ogrodzie. Nałamał kamieni w Skałce na wybrukowanie podwórka. (…) Nakopał kamieni na sześćdziesiąt furmanek i sam brukował podwórko – uzupełnił swoje wspomnienia o nim o. Kapałka. Według jego relacji br. Urban własnoręcznie wykopał też studnię dla bydła, zrobił basen na gnojówkę, naprawiał dachy i kończył stojące w surowym stanie stajnie. W latach 1959-64 zamieszkał na Spiszu na dłużej, znowu kontynuując prace stolarskie. Prowadził też gospodarstwo, urządzał domową kaplicę i refektarz, zakładał kanalizację, pracował w miejscowym kamieniołomie i w lesie. Kolejny krótki, bo 1,5 roczny pobyt w górach to lata 1969-1970.

– Dusza br. Urbana – to rzecz pewna – tkwiła głęboko zanurzona w Bogu – pisał, pamiętający go ze spędzanych w Dursztynie wakacji o. Albin Sroka. Każdy jego krok i czyn były chodzeniem w Bożej obecności. Każdy łatwo przypomni sobie, że br. Urban wobec bliźniego miał zawsze rozpromienione oblicze. (…) Nawet, gdy się modlił na różańcu, przechodząc kłaniał się. (…) Obecność człowieka spontanicznie wyzwalała w nim okazję do uszanowania bliźniego, zarówno dorosłego, jak i dziecka. Był to oczywiście dowód czczenia Boga w człowiekupodsumował. Tak samo zapamiętali go ludzie w Dursztynie. – Zawsze miły, uśmiechnięty, mówił wolno, z namysłem. Zawsze życzliwy – opowiadała Helena Sowa. – Dobry, porządny gazda. Koło kur sam chodził, krowy sam doił. Lubił, kiedy wszystko było swojskie i dobrze zrobione – dodała gotująca w klasztorze Helena Pierchała.

Do Dursztyna na usilną własną prośbę br. Urban wrócił jeszcze raz – na 3 tygodnie przed śmiercią. I choć czuł, że koniec jest już bliski (cierpiał na bezsenność, bóle brzucha, chroniczne wyczerpanie, chorował na nerki i pęcherz), to nawet tym razem przywiózł ze sobą zestaw narzędzi stolarskich, by być do czegoś pomocnym. Ludzie widzieli jednak, że to już nie ten sam brat, co przedtem. Nie miał siły włożyć na sanki walizkę, nie mógł podnieść się po upadku i po raz pierwszy w życiu desperacko wręcz chciał się leczyć. – Pamiętam, jak szedł, krok po kroku, przygarbiony do Dursztyna (chyba od lekarza w Nowej Białej) – opowiadała Anna Hornik. Wracaliśmy autobusem z Nowego Targu, a on był koło kapliczki św. Antoniego wyżej Krempach. Wołaliśmy na kierowcę, żeby się zatrzymał, ale nie chciał. Wiem, że potem ktoś zawiózł br. Urbana wozem do wioski – dodała. Takich ostatnich zrywów stary zakonnik przed swoją śmiercią miał jeszcze kilka. Każdy z nich coraz mocniej wyniszczał jego schorowane ciało, a nieustępliwa wola, zamiast kazać mu położyć się i odpocząć, gnała go dalej i dalej.

– 10 lutego 1974 r. doszła do nas wieść o śmierci brata – opowiadała Anna Sowa. – Moja mama pracowała wtedy w klasztorze. Kiedy weszła do jego celi, zobaczyła go klęczącego przy łóżku. Wszystko wskazywało na to, że przed śmiercią się jeszcze biczował. Pobiegła szybko po ojca Izydora. Jak wrócili z powrotem, br. Urban już nie żył. Obecny przy jego śmierci br. Tadeusz Marszałek także potwierdził, że nieoszczędzający się nigdy zakonnik śmierć przyjął w modlitwie, na klęczkach, w pozycji maksymalnie upokorzonej.

Podczas nabożeństwa za zmarłych odprawianego w dzień Wszystkich Świętych na dursztyńskim cmentarzu imię pochowanego w tej ziemi br. Urbana pada bardzo często. – Tak, to ludzie przynoszą na wypominki za niego i innych pracujących tu zakonników – potwierdza obecny proboszcz o. Jerzy Kulpa. Widać, że pomimo upływu lat pamiętają…

Facebook Comments