O. Maurycy Przybyłowski – historia

Pierwszy dursztyński duszpasterz o. Maurycy Przybyłowski objął swoje stanowisko w połowie stycznia 1939 r. Zanim jednak do tego doszło, jeszcze wiele musiało się wydarzyć.

Tuż po tym jak Zakon otrzymał zgodę na erygowanie rezydencji w Dursztynie, mieszkańcy wioski wysłali pismo do arcybiskupa Sapiehy, prosząc go o wyłączenie ich z parafii Krempachy i oddanie w opiekę duszpasterską Zakonowi OO. Franciszkanów. Tak sformułowanej prośbie nie sposób było odmówić. Wieś miała już własny kościółek, a franciszkanie od niedawna mieli w niej swoją rezydencję. Arcybiskup Sapieha „musiał” więc przychylić się do prośby ludzi, zwłaszcza, że argumentom, które podali, trudno było odmówić słuszności.  Ostatecznie po równo 40 latach starań (od roku rozpoczęcia budowy kościoła licząc) 17 stycznia 1939 r. dursztynianie otrzymali kapłana na stałe.

Pierwszy kapłan

Pomiędzy mieszkańcami a Zakonem już wcześniej, bo 1 listopada 1938 r., zawarto jeszcze jedną, ważną umowę. Wieś, starając się o księdza, od samego początku deklarowała chęć poniesienia kosztów jego utrzymania. Obie strony podpisały więc dokument regulujący zasady dalszej współpracy. Gromada zobowiązywała się dać pełne utrzymanie przysłanemu do niej kapłanowi, a Zakon zapewnić jej duszpasterza na zawsze. 16 stycznia 1939 r. – na dzień przed objęciem przez o. Maurycego Przybyłowskiego duszpasterstwa w Dursztynie (parafią dla wioski nadal były Krempachy, a proboszczem dursztynian ks. Franciszek Mosz – przyp. K.W.) – umowę tę nieco zmodyfikowano, zmniejszając część zobowiązań po stronie mieszkańców.

Ojciec podobny był z wyglądu do św. Teresy od Dzieciątka Jezus, a także i z ducha, jak się później okazało opisywała przedstawianego im o. Maurycego mieszkająca na Skałce Mieczysława Faryniak. Choć bardzo młody, nie cieszył się najlepszym zdrowiem. Jak wątłe ono było, świadczyć może inna jej wypowiedź, w której kardiogram młodego księdza przyrównała do postrzępionej linii widniejących na horyzoncie Tatr. To właśnie to niedomaganie było główną przyczyną przysłania o. Maurycego do tej akurat wioski. Przełożeni, delegując go do pracy w Dursztynie, liczyli na to, że tak jak wypoczywający tu wcześniej zakonnicy, on też podreperuje swoje zdrowie i szybciej stanie na nogi.

O. Maurycy ani jednak myślał wypoczywać. Z młodzieńczym zapałem zabrał się chętnie do pracy. W wiosce, która od lat funkcjonowała na uboczu, bardzo wiele było do zrobienia. Większość rozumiała dążenia młodego księdza. Byli jednak i tacy, którzy przed wydatkami bronili się wszelkimi siłami. – Ojciec był z innego środowiska, z innego klimatu życia, miał zupełnie inny charakter, usposobienie i poglądy niż tutejsi ludzie (…) – pisała przeżywająca podobne problemy w swoich relacjach z ludźmi Mieczysława Faryniak. – Dwie możliwości stanęły przed nim: albo poza kościołem i nabożeństwami nie stykać się z tymi ludźmi, wytworzyć sobie własny świat, mieć jakieś „hobby”, podziwiać wspaniałą przyrodę itd., albo – wejść między nich, zbratać się z nimi, poświęcić się dla nich, to znaczy cierpieć! Już w marcu 1939 r. udało się młodemu kapłanowi założyć w wiosce sklepik. Towar dowożono do niego z Nowego Targu, a rachunki prowadziła Mieczysława Faryniak. Osobną, kosztującą go wiele zdrowia „wojnę”, wytoczył wioskowym pijakom. W założonym przez niego sklepie obowiązywał więc całkowity zakaz sprzedawania alkoholu, a o szkodliwości picia tegoż osobiście uświadamiał starszych i młodzież.

Wytrwale i z dużą dozą cierpliwości rozprawiał się też młody ojciec z przejawami zaczyniania uroków i innymi zabobonami, które często dostrzegał wśród ludzi. Wybrał drogę najlepszą – rozmowy i łagodnej perswazji. – Jednemu z „wtajemniczonych”, który opisywał liszaje, zachorowała córka na oczy. Groziła jej ślepota. Ojciec poradził rodzicom, by udali się z nią do miasta do lekarza – robiąc aluzję do „zaczytywań”, które zaciągnąć mogą karę Bożą na ich dom. Gospodarz usłuchał. Przepisane leki pomogły, oczy wyzdrowiały i osłabła skłonność zabobonów u tych ludzi – pisała o jednym z takich przypadków Mieczysława Faryniak.

Pierwszemu duszpasterzowi Dursztyna nie zabrakło również talentu poetyckiego. Kiedy tylko pozwalały mu na to obowiązki lub w duszy inaczej zagrało, pisał wiersze. Ułożona przez niego pieśń ku czci patrona kościoła św. Jana Chrzciciela o incipicie Janie Chrzcicielu ojcu zwiastowany… po dziś dzień jest śpiewana podczas odpustu. Obecność Jezusa Eucharystycznego, kazania, nabożeństwa i nauka religii będące również jego zasługą, tak mocno przyczyniły się do zintensyfikowania życia duchowego wioski, że kilka dursztyńskich kobiet zdecydowało się nawet wstąpić do III Zakonu św. Franciszka.

Wojna

Kiedy 1 września 1939 r. wybuchła II wojna światowa, egzystencja o. Maurycego w Dursztynie stanęła pod dużym znakiem zapytania. Tę część Spisza, którą 20 lipca 1920 r. ambasadorzy obradujący na konferencji w Spa przyznali Polsce, w wyniku niemiecko-słowackiej umowy wojskowej wcielono formalnie do Słowacji. W tej sytuacji Dursztyn, który przed kilkoma jeszcze miesiącami o. Maurycy obejmował w opiekę duszpasterską jako wioskę polską, z dnia na dzień stał się wioską słowacką.

Księży polskich ze Spisza wywożono w głąb Słowacji. A na Spisz przysyłano księży słowackich. Duże zmiany zaszły też w spiskich szkołach, w których obowiązkowym językiem nauczania stał się język słowacki. Po rozpoczęciu II wojny światowej z Dursztyna (podobnie jak z okolicznych wiosek), zabrano polskich nauczycieli, a naukę w języku słowackim aż do końca wojny prowadzili – stołujący się w klasztorze Jan Vaverčak ze Zdziaru oraz rodzeństwo – pan i pani Krišakovie.

W momencie wybuchu II wojny światowej w dursztyńskim klasztorze przebywało trzech polskich zakonników: o. Maurycy Przybyłowski, przysłany później o. Ryszard Sakiewicz oraz zatrudniony przy pracach wykończeniowych br. Urban Duda. We wrześniu 1939 r. za namową miejscowych i z obawy przed zmianami, które w każdej chwili mogły nastąpić, wszyscy trzej postanowili udać się do Krakowa. Po kilku dniach wrócili jednak z powrotem. Nadzieję na bezpieczne przetrwanie na Spiszu dała im umowa zawarta pomiędzy polskim a słowackim prowincjałem. – Wygnanych franciszkanów dzięki przychylności słowackiego prowincjała o. Brunona Böhma przyjmowano w innych klasztorach – pisał o wojennych perypetiach franciszkanów na Spiszu o. Albin Sroka. – Ojciec Bruno w porozumieniu z prowincjałem Anatolem Pytlikiem przyłączył rezydencję dursztyńską do słowackiej prowincji Świętego Zbawiciela, co na pewien czas uchroniło zakonników od deportacji. Pomimo całej tej niepewności jutra o. Maurycy nie ustawał w tym, do czego czuł się powołany. W 1940 r. doprowadził do pomalowania ścian w kościele. Za jego staraniem świątynia zyskała także na nowej fisharmonii, babińcu, bocznej, połączonej z zakrystią kaplicy i ogrodzeniu wokół kościoła.

W październiku 1942 r. nadeszło to, na co o. Maurycy przygotowywał się od dawna. Wcześniej już, przeczuwając swoje rychłe odejście, jeździł do prowincjała słowackiego o. Brunona Böhma, by ten, kiedy już będzie trzeba, wysłał do Dursztyna słowackiego zakonnika. Wielkim zmartwieniem o. Maurycego była bowiem obawa, że kiedy jego zabraknie, wieś znowu zostanie bez księdza. Kiedy więc biskup spiski Jan Wojtaszek zażądał od sprzyjającego Polakom o. Brunona odesłania dursztyńskiego duszpasterza do klasztoru na Słowacji, a ten odmówił, sprawę jego przeniesienia przekazano pochodzącemu z Jurgowa ks. Miszkowiczowi. Ostatecznie 3 listopada 1942 r. po blisko 3 latach posługi duszpasterskiej w Dursztynie o. Maurycy w asyście towarzyszących mu żandarmów wyjechał do Sebeša Niżnego na Słowacji.

Na miejsce przeniesionego zakonnika, jeszcze zanim zabrano go z wioski, słowacki prowincjał o. Bruno Böhm przysłał dursztynianom nowego księdza – Słowaka o. Mariana Peškę. – Ojciec nasz (o. Maurycy – przyp. K. W.) stanął z nowo przybyłym patrem Marianem na stopniu ołtarza i przemówił do ludzi: „Patrzcie! Ma taki sam habit, jaki i ja noszę i taki sam pasek! To mój brat! Jego słuchajcie!” – tak ojcowską próbę zaoszczędzenia ludziom szoku wywołanego zmianą duszpasterza opisała naoczny świadek tego, co uczynił o. Maurycy, Mieczysława Faryniak. W tej sytuacji jedynym Polakiem, który został w klasztorze do końca wojny, był nierejestrowany w słowackich urzędach (efekt błędu lub zaniedbania) br. Urban Duda.

Po wojnie

W 1945 r. Niemcy zaczęli opuszczać tereny Podhala i Spisza, a na ich miejsce napłynęły wojska sowieckie. Zabrane podczas wojny ziemie znowu wróciły do Polski. W klasztorze w Dursztynie nadal rezydował o. Marian Peško, lecz przebywający wraz z nim br. Urban Duda umyślił sprowadzić o. Maurycego z powrotem. Na początku trudno mu było znaleźć kogoś, kto podjąłby się tak długiej wyprawy. Ostatecznie jednak znalazł się chętny, który za obietnicę zapłaty zbożem konną furmanką pokonał dystans 130 km w jedną stronę. W ten sposób dokładnie 26 kwietnia 1945 r. po 2,5-letnim pobycie na Słowacji o. Maurycy wrócił do powierzonej mu kiedyś wioski. Słowacki zakonnik o. Marian Peško wyjechał z klasztoru kilka tygodni później.

I znów bogatszy o nowe doświadczenia franciszkanin zabrał się żwawo do pracy. A tej miał nawet więcej, niż przedtem. Bo o ile Boże Ciało o. Marian celebrował jeszcze po słowacku, o tyle Mszę św. odpustową w dzień św. Jana Chrzciciela o. Maurycy w całości (ze śpiewem i kazaniem) odprawił już w języku polskim. Problemy administracyjne – które musiały nastąpić po powrocie Spisza do Polski – wszędzie spowodowały zawirowania i przerwy w edukacji najmłodszych. Kiedy jednak we wrześniu 1945 r. o. Maurycy ogłosił z ambony, że będzie uczył religii i poprosił rodziców, by ci przysyłali do niego dzieci, w sukurs przyszła mu Mieczysława Faryniak, deklarując, że ona podejmie się uczenia innych przedmiotów. W ten sposób w najmniejszej wiosce Polskiego Spisza – jako jedynej – od września 1945 r. uczono wyłącznie po polsku.

Wiele innych dobrodziejstw jeszcze spłynęło na wieś za sprawą jej duszpasterza. Wokół cmentarza za jego staraniem powstał mur, a od furtki klasztornej aż do kościoła malutki chodnik. Błoto i brak utwardzonej drogi były w tamtych czasach prawdziwą udręką mieszkańców. Nawet tak mała inwestycja już poprawiła komfort chodzenia po wsi. Świątynia także zyskała na wyposażeniu. O. Maurycy postarał się o nowe ornaty do niej, krzyż na tabernakulum oraz o figurę Matki Bożej Niepokalanej do bocznego ołtarza. Zimą 1946/47 r. odbyły się we wsi jasełka. Pomysłodawcą i głównym organizatorem przedstawienia był także o. Maurycy. – Sam prowadził próby, starał się o wszystko potrzebne, był sprężyną, która tę sprawę poruszała – opisywała dziejące się na jej oczach wydarzenie Mieczysława Faryniak. Jasełkami młody kapłan poruszył serca ludzi. Czegoś takiego nigdy przedtem nie widzieli.

We wspomnieniu o o. Maurycym spisanym ręką Pani ze Skałki na pierwszy plan wysuwa się uderzająca dobroć młodego księdza i jego serce w podejściu do ludzi. Tak, jak wtedy, gdy cierpiącą na krwotok dziewczynkę za własne pieniądze kazał wieźć co koń wyskoczy do lekarza w Starej Wsi. – Rodzice nie mogli znaleźć nikogo, kto chciałby z nią pojechać. Nagle, nie wiadomo skąd, pojawił się u nas o. Maurycy. Zobaczył, co się dzieje i wybiegł. Po chwili podjechała furmanka. Rodzice wymościli siostrze posłanie na wozie i pojechali – potwierdziła po latach słowa Faryniakowej siostra tamtej chorej dziewczynki. – Po fakcie lekarz powiedział im, że gdyby Zosię przywieźli o pół godziny później, już by nie żyła – uściśliła.

Niezwykła dobroć, wyrozumiałość i empatia charakteryzowały wszystko, co robił lub mówił o. Maurycy. Nikt, kto pogardliwie lub lekceważąco wyrażał się w jego obecności o innych, nie mógł oczekiwać od niego poklasku.  Kiedyś ktoś tak powiedział przy nim o porzuconej przez narzeczonego kobiecie, która samotnie wychowywała jego dziecko. – Słyszałam, jak Ojciec ujął się za nią, mówiąc, że dziecko religijnie wychowuje, a sama żyje uczciwie i należy jej się szacunekpisała ujęta jego mądrym postępkiem Pani ze Skałki. Z jej relacji wynika także, że każdy, kto ojca odwiedzał w klasztorze, widział go wychodzącego z celi, w której stał klęcznik. – Tego klęcznika nie widzieliśmy, ale wiedzieliśmy, że tam jest – pisała. Wychodził z tego pokoju do rozmównicy i tutaj załatwiał ważne dla bliźniego sprawy. Po dziś dzień najstarsi mieszkańcy wioski pamiętają też jak – jako dzieci – do niego lgnęli. – Jak tylko widzieliśmy gdzieś na horyzoncie o. Maurycego, rzucaliśmy wszystko i biegliśmy do niego – opowiadała 83-letnia Anna Hornik. – A on rozkładał ramiona i wołał nas do siebie. Chcieliśmy wtedy chociaż dotknąć jego habitu… A on rozdawał nam cukierki… Nie wiem, czy są jeszcze tacy, jak on…

O. Maurycemu przypadło po wojnie jeszcze jedno ważne zadanie. Metropolita krakowski książę arcybiskup Adam Sapieha po opuszczeniu w 1945 r. Spisza przez słowackich księży zlecił Zakonowi Braci Mniejszych obsadzenie spiskich parafii. Były to wsie: Niedzica, Kacwin, Łapsze Niżne, Łapsze Wyżne, Nowa Biała i Krempachy, a od września 1946 r. także Trybsz. Na prośbę Kurii Biskupiej prowincjał o. Anatol Pytlik mianował o. Maurycego delegatem prowincjalskim na tym terenie, powierzając mu tym samym realizację tego zadania. Samemu o. Maurycemu (oprócz Dursztyna) przyszło pracować jeszcze w Krempachach i w Nowej Białej. Czynił to do kwietnia 1946 r. Wtedy w tych dodatkowych obowiązkach duszpasterskich zastąpił go o. Benedykt Kwaśny, a od października 1947 r. Krempachami i Nową Białą zajął się budowniczy dursztyńskiego klasztoru o. Ireneusz Kmiecik.

Pobyt o. Maurycego w Dursztynie niespodziewanie dla wszystkich zakończył się w styczniu 1948 r. Wówczas to nadeszła smutna informacja o przeniesieniu go do klasztoru w Wieliczce. Ludzie nie chcieli tej wiadomości do siebie dopuścić. Dumali, co zrobić, żeby go we wsi zatrzymać. – W dzień odjazdu wieś się zebrała na podwórzu klasztornym. Chłopi stali też w korytarzu, poopierali głowy o ściany i płakali. (…) Ten, który miał Ojca żegnać mową, załamał się i szlochał – relacjonowała minorowe nastroje dursztynian Pani ze Skałki.

O tym, jak bardzo i oni sami zapadli w serce o. Maurycemu, świadczą jego późniejsze codzienne notatki. Sporządził je, wizytując Dursztyn, kiedy już został prowincjałem. Czasem wybierał się na Spisz samochodem, a czasem przyjeżdżał autobusem. Pod datą 13 sierpnia 1962 r. w rozentuzjazmowany sposób napisał: O godz. 7.30 wyjechałem autem do Dursztyna – odwiedzić kleryków będących tam na wakacjach. Zakładają tu elektryczność!! Budują drogę od strony Krempach!! Obozują harcerze!! I nie wiadomo tylko, czy wykrzykniki przy kolejnych nowinkach technicznych wyrażały jego radość z powodu poprawy komfortu życia mieszkańców; czy wręcz przeciwnie; bo zaraz potem napisał: Ale Dursztyn jeszcze nieprędko, na szczęście, straci swój pierwotny urok.  Cisza – kojąca nerwy. 7 sierpnia 1963 r., ubolewając nad wyglądem wizytowanego kościoła, napisał z przejęciem: Kościół w smutnym stanie. Grzyb zżarł podłogę. Ściany odrapane. Trzeba remontu. Byłem u sołtysa. Po żniwach można zacząć z dachem na kościele. Sam też osobiście (pomimo prowincjalskich, wcale niełatwych obowiązków) doglądał malowania kościoła, troszczył się o dobrych robotników i malarzy (wymienił ich w notatniku z nazwiska), a najbiedniejszym rodzinom we wsi załatwiał paczki z pomocą.

Duże zaangażowanie o. Maurycego w życie jego pierwszych parafian potwierdza też o. Anzelm Szteinke, W czerwcu 1961 r. on i inni klerycy urządzili dla o. Maurycego przedstawienie. Okazją do jego wystawienia był jubileusz 25-lecia jego kapłaństwa, a rzecz dotyczyła scenki rodzajowej z Dursztyna, w której mieszkańcy cieszą się z nowego organu, jaki im sprawił do kościoła ojciec. – Mimo że dwukrotnie (o. Maurycy – przyp. K.W.) pełnił zaszczytny urząd prowincjała i wchodził w skład zarządu prowincji oraz wielce przyczynił się do jej duchowego odrodzenia, to w swym przemówieniu końcowym nawiązał do tego naszego wystąpienia kleryckiego – wspominał o. Anzelm. – Za tę scenkę z Dursztyna był szczególnie wdzięczny. Bo – jak się wyraził – przypomniała mu najmilszy okres jego życia i pracy kapłańskiej.

Facebook Comments