O. Ireneusz Kmiecik – historia

Kiedy w 1921 r. pierwszy zakonnik z Prowincji Matki Bożej Anielskiej Zakonu Braci Mniejszych o. Ireneusz Kmiecik zawitał do Dursztyna, zastał w nim dziwną sytuację. Od 1903 r. w centrum wioski stał mały kościółek, lecz nikt w nim Mszy nie odprawiał. Ludzie chodzili do okolicznych kościołów, a wieś formalnie należała do oddalonej o 3 km dalej parafii w Krempachach. Wcześniej jej sytuacja była nawet trudniejsza, bo parafią dla Dursztyna był Frydman.

Pierwszy swój kontakt ze Spiszem pracujący we Lwowie zakonnik miał w 1915 r. Wówczas to kilka godzin spędził w pobliskich Krempachach. Kiedy więc liczne obowiązki zakonne, duszpasterskie, wychowawcze i edytorskie nadszarpnęły jego wątłe zdrowie, a sytuacja ekonomiczna Zakonu nie pozwalała mu na zalecony przez lekarza wyjazd do uzdrowiska w Zakopanem, na własną rękę postanowił znaleźć tańszą alternatywę zażycia górskiego powietrza. Szukając korzystnego dla obu stron rozwiązania, przypomniał sobie o Spiszu. Z autopsji już wiedział, że górskiego powietrza mu tam nie zabraknie, bo Spisz – choć położony nieco niżej niż lepiej znane Podhale – tak jak ono, ma do zaoferowania swój własny, cenny mikroklimat.

Żeby wszystko się dobrze udało, słabujący na zdrowiu 43-latek musiał zbadać grunt przed wyjazdem. Zakwaterowanie, wyżywienie, wybór konkretnej miejscowości na rehabilitację i wypoczynek to sprawy, których nie mógł powierzyć przypadkowi. Szczęśliwie praca przy wydawaniu miesięcznika Posłaniec Św. Antoniego dała mu dostęp do danych prenumeratorów. Wiedział więc, że jest wśród nich także paru Spiszaków. – Wśród swoich prenumeratorów odszukałem jednego nauczyciela w Łapszach Wyżnych. Do niego więc napisałem, czy bym mógł tam przyjechać. W pierwszym liście doniósł mi, że Łapsze Wyżne są w dole i nie nadają się na pobyt zdrowotny. Ale zaraz następnego dnia otrzymałem list od p. Smalskiej, nauczycielki w Dursztynie, w którym donosi mi, że górale z Dursztyna bardzo mnie zapraszają do siebie (…) i obiecali mi dać „kwartel” oraz dostarczyć mi mleka, jaj i masła pisał o okoliczności swojego przyjazdu do wioski o. Ireneusz Kmiecik.

Entuzjastyczna reakcja dursztynian na potencjalny przyjazd zakonnika nie powinna dziwić nikogo. Wieś od lat borykała się z problemem braku duszpasterza i od dawna pragnęła zmiany. Długo, bo aż do 1903 r., nie miała także kościoła. Na tle pozostałych miejscowości Polskiego Spisza, pod względem możliwości swobodnego praktykowania wiary i dostępu do sakramentów, sytuacja dursztynian była więc zdecydowanie najgorsza. Od początku istnienia wioski mieszkańcy uczęszczali do okolicznych kościołów. Wybierali różnie: czasem chodzili do kościoła w Krempachach, czasem we Frydmanie, a czasem do kościołów w Łapszach Niżnych, Trybszu czy w Łapszach Wyżnych. Największe trudności z takim wędrowaniem miały jednak osoby starsze, schorowane i dzieci. One w zasadzie nie praktykowały w ogóle.

Wokół kościoła

Ireneusz Kmiecik w Dursztynie kościół już zastał. Stał pusty, nieużywany, ziejący chłodem od blisko 18 lat. Rozgoryczeni dursztynianie wznieśli go tutaj własnymi siłami. Co – przy braku podstawowych materiałów, pieniędzy i rąk do pracy (wieś w tamtych czasach liczyła nieco ponad 40 domów) – było prawdziwym porwaniem się z motyką na księżyc. Nie zważając na wszystkie trudności, w 1899 r. ludzie zabrali się ostro do pracy. Nie bez problemów, ale jednak z ziemi wyłoniły się fundamenty, na fundamentach powstały mury, a na nich dwuspadowy, pokryty drewnianym gontem dach. Po czterech latach kościółek był już gotowy. Niewymyślny, skromny – w sam raz na dursztyńskie potrzeby. Długi na 15 m, szeroki na 8 i wysoki na 5 m wprawił w dumę swych budowniczych. Sufit miał płaski, a podłogę drewnianą. Początkowo nie miał wieży. Nad uformowanym w kształcie trapezu prezbiterium wisiała sygnaturka, a 6 okien dostarczało wnętrzu światła. W głównym barokowym ołtarzu postawiono figurę patrona – św. Jana Chrzciciela, a w zwieńczeniu ołtarza krzyż. Po obu stronach głównego znajdowały się dwa mniejsze, wykonane przez miejscowych rzeźbiarzy, ołtarze boczne. Pierwszy – Najświętszego Serca Pana Jezusa po prawej, a drugi – Matki Bożej po lewej stronie. Naprzeciwko ołtarzy stał niewielki oparty na dwóch drewnianych kolumnach chór organowy. Oprócz tego w kościele były jeszcze zakrystia, ambona i połączona z zakrystią kaplica – dedykowana z czasem Matce Boskiej Częstochowskiej.

W świetle tego, co działo się później, nie trudno już pojąć, dlaczego w liście nauczycielki p. Smalskiej dursztynianie tak entuzjastycznie zapraszali o. Ireneusza do wioski. Wtedy – w 1903 r. – naiwnie uwierzyli, że do stojącego już przecież kościoła przynajmniej w niedziele i święta przyjeżdżać będzie proboszcz z Krempach. Wystosowali nawet w tej sprawie pismo do Spiskiej Kurii Biskupiej. Niestety, władze kościelne wyraziły zgodę tylko na to, by w Dursztynie odprawiana była Msza św. 24 czerwca, tj. w dzień odpustu św. Jana Chrzciciela i doraźnie – podczas pogrzebu mieszkańców. Łatwo więc wyobrazić sobie, jak wielki zawód przeżyli ludzie i jak trudno przyszło im pogodzić się z takim stanem rzeczy. W możliwej wizycie o. Ireneusza znowu dostrzegli dla siebie szansę. Wiedzieli, że przynajmniej przez jakiś czas obecność leczącego się u nich kapłana zapewni im możliwość uczestniczenia w codziennej Mszy św., a stojący odłogiem kościół nareszcie przestanie świecić pustkami. Liczyli też w duchu na to, że coś nagle cudownie się zmieni i ratujący swoje zdrowie kapłan już na zawsze z nimi zostanie. Dlatego tuż po ustaleniu wszystkich szczegółów na początku lata 1921 r. o. Ireneusz Kmiecik postawił swą stopę w Dursztynie.

Czas – jak opisał w swoim pamiętniku – upływał mu tu spokojnie, na relaksie i na pełnieniu normalnych, kapłańskich obowiązków. – Pogoda mi sprzyjała, każdego dnia po Mszy św. i śniadaniu wychodziłem do lasu i rozebrawszy się, zażywałem słonecznej kąpieli – wspominał na kartach pamiętnika. W pierwszym roku swojego pobytu wiktował się u nauczycielki, wspomnianej już wyżej p. Smalskiej. Ludzie, za ustalonym porządkiem, dostarczali mu też jajek i masła, a pasący na nieodległej bacówce owce jurgowianie zadbali o to, by o. Ireneuszowi nie zabrakło świeżej śmietany i mleka. W następnym roku przyjechał już do Dursztyna ze swoją siostrą Michaliną i jej mężem Janem Gajewskim. Panowie po porannej Mszy św. spędzali czas na zbieraniu poziomek, grzybów i zażywaniu słonecznych kąpieli, a gospodarstwo domowe dla nich obu prowadziła p. Gajewska. Współbracia o. Kmiecika, dowiedziawszy się o niezwykłych walorach uzdrowiskowych i pięknym położeniu Dursztyna, także (choć okresowo) zapragnęli to miejsce zobaczyć. W ten oto sposób przez kilka kolejnych wakacji z rzędu dursztynianie mieli zapewnioną letnią posługę duszpasterską i częstszy dostęp do sakramentów, bo przebywający na wywczasie zakonnicy chętnie pełnili posługę w kościele.

Dom wypoczynkowy

W 1930 r. o. Ireneusz został prowincjałem. Wybierając go na ten urząd, współbracia docenili jego wielki wkład w misje, rekolekcje, w publikowanie kazań, reaktywację Posłańca Św. Antoniego, lecz nade wszystko w pracę z młodzieżą zakonną. Za książkę pt. Praktyczne wskazówki o wychowaniu dzieci. Książka dla rodziców i wychowawców sam papież Pius XI przysłał mu swoje specjalne błogosławieństwo. Jeszcze zanim miłośnik dursztyńskiej rekonwalescencji został zwierzchnikiem prowincji, za podszeptem miejscowych górali, zrodził się w nim pomysł osiedlenia się Zakonu w Dursztynie na stałe. Trzeba było jednak czasu, by rzecz nabrała realnych kształtów.  Stało się to dopiero początkiem 1933 r. Wówczas to Zarząd Prowincji pozytywnie przychylił się do poddanej mu przez swojego zwierzchnika propozycji wybudowania w Dursztynie domu wypoczynkowego dla kleryków i osłabionych na zdrowiu zakonników. Pomysłowi o. Kmiecika chętnie przyklasnęli ludzie. Widzieli, że „ich” o. Ireneusz troszczy się o dursztyński kościółek (to z jego inicjatywy w 1930 r. dobudowano do niego wieżę), chcieli więc jeszcze mocniej „przywiązać” Zakon do siebie.

Na plac pod budowę odkupiono kilka parceli położonych obok cmentarza. Jeszcze przed rozpoczęciem prac doszło do zgrzytu na linii Zakon – gospodarze. Ludzie, deklarując początkowo chęć pomocy przy budowie, sądzili, że planowany dom wypoczynkowy będzie mniejszy – jednopiętrowy z poddaszem. Kiedy zorientowali się, że przygotowany przez krakowskiego architekta projekt zawiera rysunek dwupiętrowej willi, stracili zapał do pracy. Podpisana 27 marca 1933 r. umowa o współpracy pomiędzy mieszkańcami wsi a Zakonem co do pomocy przy budowie domu wypoczynkowego, znowu wniosła nadzieję na sprawny przebieg inwestycji. To w niej, w zamian za pomoc przy budowie, dursztynianie zyskali zapewnienie, że przebywający na wczasach zakonnicy będą pełnili posługę w kościele, tj. głosili kazania, spowiadali i odprawiali Msze św., a w odpust św. Jana Chrzciciela oraz w okresie przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem Zakon przyśle do nich kapłana, by ten, tu na miejscu, wysłuchał spowiedzi przedświątecznej mieszkańców i odprawił dla nich świąteczną Eucharystię.

Prace przy budowie domu wypoczynkowego rozpoczęły się wiosną 1933 r. W sierpniu 1933 r. o. Ireneusza Kmiecika zastąpił na stanowisku zwierzchnika prowincji o. Anatol Pytlik. Zmiana ta spowodowała przerwę w robotach. Pomimo tych zawirowań do końca 1933 r. udało się jednak postawić budynek w stanie surowym, choć jego koszty znacznie przerosły wstępne założenia i szacunki. Dwupiętrowy budynek miał 29 m długości, 9 m szerokości i 15 m wysokości. Na parterze zaprojektowano dwupokojowe mieszkanie, refektarz, kuchnię i mieszkanie dla pracowników, zaś na pierwszym piętrze 9 małych pokoików. (Z czasem 2 z nich przerobiono na wewnętrzną kaplicę). Wzdłuż domu ciągnęła się słoneczna weranda z widokiem na rozległą panoramę Tatr. Na drugim piętrze docelowo miało znaleźć się jeszcze 8 pokoi. Od tej pory budynek (choć jeszcze niewykończony) służył wypoczywającym w Dursztynie zakonnikom.

Klasztor

Ludzie, choć początkowo niezadowoleni z wybudowania w ich wiosce tak dużego obiektu, cieszyli się z posługi zakonników. Z czasem w ich umysłach zrodził się pomysł, by „ugrać” dla siebie jeszcze więcej. W ich dedukcji wszystko było oczywiste i proste. We wsi stał duży budynek zakonny, były w nim mieszkania, było więc miejsce dla księdza! 29 lutego 1936 r. cała społeczność wiejska wystosowała więc list do prowincjała o. Anatola Pytlika, prosząc go o przysłanie do Dursztyna kapłana na stałe. Atmosferę dążenia do posiadania własnego księdza podgrzewała też osiadła już w Dursztynie Pani ze Skałki – Mieczysława Faryniak.

Żeby zamysł dursztynian mógł zostać wprowadzony w czyn, Zakon Braci Mniejszych musiał najpierw doprowadzić do zamiany domu wypoczynkowego w regularną rezydencję zakonną. O. Anatol Pytlik, po pozytywnym rozpatrzeniu prośby mieszkańców, poczynił w tym kierunku stosowne starania. Najpierw w piśmie do arcybiskupa metropolity księcia Adama Sapiehy zwrócił się z prośbą o pozwolenie na erygowanie placówki zakonnej w Dursztynie. A gdy je uzyskał, za pośrednictwem władz generalnych Zakonu w Rzymie analogiczną prośbę wystosował do Stolicy Apostolskiej. I choć proces ten zajął blisko 3 lata, to ostatecznie dekretem z dnia 20 grudnia 1938 r. erygowano w Dursztynie rezydencję zakonną pw. kanonizowanego w 1938 r. franciszkanina – św. Salwatora z Horty.

Facebook Comments